"so a shame, my darling, ooh, so a shaaaame!"
Strasznie mi smutno z powodu, że muszę to zrobić. Zakończyć.
Wstawiam wielki skrót tego, co miało się wydarzyć w wzwr odkąd napisałam ostatnią notkę. I teraz widzę, że ja dopiero właściwie zaczynałam. I już kończę... No cóż... Żal, straszny żal, ale nie chcę tego tak już zostawiać, lepiej to definitywnie zakończyć, prawda?
Ale i tak przepraszam, bo wiem, że zawiodłam nie tylko siebie samą, ale i Was, Czytelnicy !
(za wszelkie błędy upraszam o wybaczenie)
Co się miało zdarzyć po ostatniej notce.
Na czym stoimy:
Harey wybiera się na imprezę do Appletona, Zach siedzi u mamusi, Anna ma wyjechać do Włoch.
***
Harey, chcąc nie chcąc, idzie na imprezę do Appletona. Tak właściwie to nawet dobrze się tam bawi, ale oczywiście nigdy nikomu się do tego nie przyzna. Spotyka tam wielu znajomych, ale trzyma się z Katie oraz dwoma koleżankami z klasy: bliźniaczkami Allison i Becky Sark. Siostry tworzą szkolną gazetkę, osobiście nadzorują dział plotkarski, więc na zabawie spisują wszystko, co się dzieje, robią też zdjęcia. Miło mija im czas, kiedy nagle dzieje się coś niespodziewanego: oczom wszystkim zebranym ukazuje się chłopak, ubrany jedynie w czerwone majteczki, z czerwonym napisem na klatce piersiowej głoszącym "ciota". Chłopak został uwieszony na sznurach i taśmie przez wysokie schody wielkiego domu, nad nim stoi dwóch gburów, totalnie pijanych olewających go piwem. Harey jest totalnie przerażona, nie tylko tym całym zajściem, ale też tym, że nikt nie chce pomóc ofierze. Postanawia szukać Daniela, znajduje go w jego pokoju. Zaczynają się kłócić, Harey nie przebiera w słowach, strasznie go strofuje, on jednak zachowuje się tak, jakby miał to wszystko w nosie. Dziewczynie jednak udaje się "uratować" wiszącego, Dan rozkazuje go ściągnąć, jednocześnie kończy zabawę i wyprasza wszystkich. Harey trochę jeszcze z nim siedzi, próbuje dowiedzieć się, o co chodzi, dlaczego kazał to zrobić temu chłopakowi (tak, to on wszystko wymyślił), ale Appleton milczy jak grób. Harey wkurzona wychodzi i zaczyna szukać Katie, która "zagubiła się w akcji".
Siostry Sark, wciąż zaaferowane całym zajściem, pomagają jej znaleźć przyjaciółkę. Znajdują ją za domem... Całującą się z największym przyjacielem Daniela - Casey'em. Harey uważa go za jeszcze większego palanta niż samego Dana, jest tym zszokowana, co kończy się wielka kłótnią jej samej z Katie, która mówi jej parę naprawdę niemiłych słów (między innymi oskarża ją o straszny egoizm). Rozchodzą się więc w strasznej kłótni.
Mijają dni, Harey wciąż pokłócona jest z Katie, co owocuje jedynką z biologii, gdyż obie, pomimo, że przygotowane, za nic w świecie nie chciały razem przedstawić swojego projektu.
Harey nie może zrozumieć, dlaczego Katie tak ją "zdradziła", ale wciąż czuje się w jakimś stopniu odpowiedzialna za swoją przyjaciółkę. Więc rozmawia z Casey'em, a raczej grozi mu. Rozkazuje mu zostawić Katie raz na zawsze. Wtedy Casey, zachowując się nawet racjonalnie, stara się pokazać jej, że jest egoistką i tak naprawdę myśli tylko o sobie, co sprawia, że dziewczyna zaczyna zastanawiać się sama nad sobą...
W szkole ogólnie też dzieje się dużo: siostry Sark wydały szybko gazetkę, którą oparzyły zdjęciami z imprezy, swoimi komentarzami, opisując wszystko bardzo dokładnie. Chłopak - ofiara, Charlie, staje się pośmiewiskiem całej szkoły...
Zach wraca do Nowego Jorku, nie ukrywa, że pokłócił się z matką o siostrę, wpada do Eden, rozmawia z nią o tym. Dzwoni do Harey i zaprasza ją na plan Herosów. Nastolatka wciąż jest poddołowana całą historią z Katie, ale cieszy się na spotkanie. Koniec końców, jest to coś, o czym marzyła od jakiegoś czasu !
Na planie poznaje Grega Grunberga (odtwórca roli Matta Parkmana), Hayden Pannatiere oraz Adriana Pasdara. Świetnie się bawi, rozmawia, przygląda się pracy aktorów, na chwilę zapomina o tym, że ma problem.
Ale kiedy wszystko do niej wraca, akurat siedzi z Zachiem. I sama nie wie, dlaczego, ale po prostu zwierza mu się, wyrzuca z siebie to. On wysłuchuje jej z uwagą i stara się dać jakieś dobre rady. Nie są one zbyt dobre, ale Harey i tak lepiej zaczyna się czuć.
Wracając do domu postanawia zadzwonić do przyjaciółki i ją za wszystko przeprosić. Obie stwierdzają, że nie zachowały się wobec siebie okay, godzą się i znów wszystko wraca do normy...
No, prawie wszystko.
Harey zapoznaje się z Charliem, stara się dowiedzieć, dlaczego został tak potraktowany przez Daniela. Chłopak mówi jej, że tak po prostu miał na to "ochotę", ale dziewczyna wie, że on cos ukrywa.
Anna wyjeżdża. Przed wyjazdem daje swojej córce przedwczesne prezenty, z jednego Harey cieszy się najbardziej: są to bilety lotnicze na wspólne wakacje na Haiti.
Zach dzwoni (!) do Katie, bo wymyśla urodzinową niespodziankę dla Harey. Razem idą do Eden, ustalają, że wszystko odbędzie się w Eden's Cafe, Zach stara się zaprosić na urodziny Grega, którego dziewczyna bardzo polubiła.
W szkole Charlie zaprasza Harey na spacer, postanawia, że wszystko jej opowie: jak to było, że Dan wybrał właśnie jego na swoją ofiarę. Nastolatka nie bardzo rozumie, dlaczego chce akurat jej wszystko wyznać, ale zgadza się z chęcią, umawiają się więc na spotkanie.
Katie niespodziewanie dowiaduje się, że Harey rozmawiała z Casey’em o niej i bardzo się tym denerwuje. Znów kłóci się z Harey, ale tym razem obie dziewczyny tłumaczą sobie, na czym stoją, obie starają się uniknąć kolejnej wielkiej sprzeczki. Ida razem na spacer, na którym obie wyrzucają, co je w nich denerwuje, pomimo, że się przyjaźnią, rozmawiają o swoich lękach, schodzą także na temat swojej przyszłości: Harey chce studiować japonistykę, ale tak naprawdę chce założyć szkołę tańca nowoczesnego, Katie zaś postanawia zostać prawniczką. Rozmawiają tez na tematy miłosne, panna Milo wybucha nagle, że nie wie dlaczego, ale czuje się bardzo dziwnie, kiedy słyszy o związkach między chłopcami a dziewczynami, okazuje się, że od jakiegoś czasu dopuszcza do siebie nawet taką myśl, że nigdy nie znajdzie nikogo odpowiedniego i zostanie na zawsze sama. Katie bardzo jej pomaga: tłumaczy, że dziewczyna ma jeszcze czas i w końcu samo się ułoży.
Po tej rozmowie i tym wszystkim obie uświadamiają sobie, jak bardzo się przyjaźnią i jak wiele dla nich to znaczy.
W szkole czas mija im na poprawianiu ocen do zakończenia semestru, w mieście daje się już odczuć świąteczną atmosferę
Zbliżają się urodziny Harey. Zach w wielkiej tajemnicy uzgadnia wszystko z Katie i Eden.
Nadchodzi w końcu ten dzień: Harey właściwie nie planowała żadnych urodzin, chciała zaprosić do siebie jedynie Katie, no i może siostry Sark. Wielkim zdumieniem było dla niej, kiedy jej przyjaciółka siłą zaciągnęła ją do Eden’s Cafe, a tam... Wielka impreza-niespodzianka! Zebrali się tam: Katie, Zach, Eden, siostry Sark, brat Katie, a nawet... Hayden Pannatiere! Harey jest bardzo szczęśliwa, dostaje masę prezentów, o mało nie płacze ze szczęścia... Brakuje jej tylko matki. I wtem Zach prosi ją „na stronę”, by z nią porozmawiać. Odbywają tak naprawdę pierwszą poważną rozmowę o tym wszystkim, co się wydarzyło między innymi, rozmawiają o ojcu, Zach mówi jej, że chce być częścią jej życia, że ona zawsze może na niego liczyć. Dziewczyna nadal jednak czuje się trochę dziwnie i obco w stosunku do niego... Ale tym razem czuje, że nie rozmawia już z aktorem, który gra w jej najukochańszym serialu, tylko... Z własnym bratem!
(ależ refleks...)
Harey obiecuje mu, że postara się jakoś to wszystko u siebie poukładać i za wszystko mu dziękuje.
Święta już tuż-tuż, wigilia za parę dni, a Harey zamiast biegać za prezentami „załatwia” sprawy związane z Danielem. Na spotkaniu z Charliem wszystko się wyjaśnia, ale wprawia to tylko ją w zakłopotanie... Okazuje się, że Charlie i Dan to starzy przyjaciele, jeszcze z dzieciństwa, a Charlie wie o koledze więcej niż mogłoby się wydawać... Przekazuje on Harey coś, w co ta nie może uwierzyć: Dan jest gejem, a z Charliem łączą go bardzo zażyłe stosunki... Harey dowiaduje się, że to między innymi było powodem „sprawy wisielca z imprezy”: chłopak postanowił bowiem wyjawić wszystkim orientację seksualną Dana, na co ten oczywiście nie mógł się zgodzić. Dziewczyna jest tym tak zszokowana, że przez chwilę myśli, że to wszystko to jakoś żart. Ale jednak nie: chłopak mówi prawdę. Okazuje się też, że Daniel tak naprawdę bardzo ceni znajomość z Harey, zwłaszcza dlatego, że ta jest sobą, chłopak wierzy też, że gdyby ona się o wszystkim dowiedziała, to nie skreśliłaby jego. Harey w duchu przyznaje też, że ona Daniela zawsze lubiła, a to ich przekomarzanie nawet jej się podobało.
Charlie żegna się z nią, załamany postępowaniem Dana (którego kocha, jak przyznaje), a dziewczyna idzie prosto do domu Appletona. Rozmawia z nim, przyznaje, że zna prawdę, próbuje jakoś mu pomóc, dać jakąś radę. Idą na spacer i dostrzega w nim kogoś więcej niż kretyna, dla którego ważna jest tylko sława.
Wiele się wyjaśnia, wiele spraw sobie tłumaczą, rozmawiają o trudnych sprawach dorastania i własnej orientacji seksualnej. W końcu żegnają się jako przyjaciele, Harey obiecuje zachować wszystko w tajemnicy...
Jednak sprawa Daniela prowadzi do tego, że dziewczyna zaczyna zastanawiać się nad własną orientacja seksualną. Dzwoni do przyjaciółki, by z nią o tym porozmawiać: czy to możliwe, że jest lesbijką? Naprawdę może tak być: zauważa, że przecież nigdy nie interesowali ją chłopcy, że ma już 17 lat i nigdy z nikim nie chodziła, że nawet się nie całowała. Martwi się tym, bo nie rozumie sama siebie. Katie jednak ją uspokaja, powtarza, że dziewczyna ma czas i wiek wcale nie oznacza tego, że musi mieć za sobą doświadczenia w tych sprawach. Dodaje także, że nawet jeżeli Harey byłaby lesbijką to nic nie zmienia!
Harey jest jej wdzięczna, czuje się świetnie: ma przyjaciółkę, która zawsze ją rozumie, rozwiązała się sprawa z Danielem. Nawet jaśniej myśli o swoim bracie. Ma bardzo dobry humor i myśli, że nic złego się nie może wydarzyć.
Ale jednak...
Dwa dni później, parę dni przed wigilią, którą spędzić ma z rodzina Katie przychodzi do niej szef jej matki, przynosząc straszną wiadomość...
Okazuje się, że Anna Milo oraz jej współpracownik Rupert ulegają strasznemu wypadkowi samochodowemu, Rupert wychodzi cało jedynie ze złamaną ręką, zaś Anna jest w stanie krytycznym...
Harey czuje się tak, jakby świat walił jej się na głowię, dziewczyna nie wiem, co robić, nagle w jej głowie pojawia się wielka czarna dziura: nie potrafi sobie poradzić, śmiertelnie boi się o matkę...
Wciąż jednak ma nadzieję, że Anna wyjdzie z tego cało. Powiadamia Katie, ta powiadamia Eden i Zacha. Wszyscy troje wsiadają do samolotu, by jak najszybciej znaleźć się w mediolańskim szpitalu, gdzie leży kobieta.
Są to najstraszniejsze godziny w życiu nastolatki...
Choć najstraszniejsze dopiero następuję: Harey będąc już w szpitalu dowiaduje się, że Anna zmarła...
Świat się wali, dziewczyna nie czuje nic niż wielki ból, krzyczy, płacze... Czuje się tak, jakby nigdy nie była wesoła, zapomniała już jak się uśmiechać, czy normalnie oddychać... Nic nie jest już dla niej ważne, Zycie się dla niej skończyło...
Przez cały czas jest z nią Zach, który nie stara się jej pocieszać, bo wie, że to jest niewykonalne, on po prostu z nią jest, tak jak Katie i Eden... Nieważne są już święta Bożonarodzeniowe, nic już nie jest ważne...
Wszyscy łączą się w strasznym bólu po tej tragedii...
*
* *
Prolog.
5 lat później...
Harey ma już 22 lata, studiuje europeistykę, prowadzi też kurs tańca nowoczesnego, ale także... Chodzi na kursy aktorstwa! (i tutaj następuje zwrot „wszystko zostaje w rodzinie”)*...
Katie, jej przyjaciółka, studiuje prawo, przygotowuje się też do ślubu jej brata.
Eden urodziła miesiąc temu Adriana – pierwszego syna Zacha...
Cała czwórka spotyka się w piątą rocznicę śmierci Anny na cmentarzu i do Harey wracają wspomnienia.
Co się działo od czasu śmierci Anny?
Harey nie potrafiła przez długi czas podnieść się z tragedii, jej przyjaciele wciąż byli z nimi. Wszystkie sprawy załatwiał za nią Zach, który czuł się od tego momentu odpowiedzialny za nią. Zwolnił ja ze szkoły, przygotował pogrzeb... Załatwił papiery, które czyniły go prawnym opiekunem dziewczyny do czasu skończenia przez nią pełnoletniości.
Dla Harey były to najstraszniejsze miesiące w życiu... Ale jednocześnie dostrzegła, jak wiele dla niej teraz znaczy jej brat, który był z nią w tym od początku do końca...
W końcu godzi się ze swoim losem, stara się żyć jakoś dalej... Wiedząc, że ma przy sobie teraz brata...
nie no, weźcie, po prostu takie dostałam od Was te komentarze, że się zaraz popłaczęęęęę!!!
:D:D
Daniel Appleton - w ciągu swojej nauki skrzętnie ukrywał swoją orientację seksualną, nie potrafił się przyznać. Na studiach natomiast zakochał się w jakimś swoim koledze i wszystko się wydało. Ale nawet się z tego cieszy.
Orientacja Harey? Tak, ona jest lesbijką (choć do fabuły nic to właściwie nie wnosi ;p). Ale jeszcze nie znalazła swojej miłości.
Siostry Sark - prowadzą gazetkę plotkarską, mało co prawda znaną w kraju, ale bardzo poczytną w małym miasteczku, w którym aktualnie mieszkają.
Rupert (współpracownik Anny) - został w Mediolanie, kupił tam mały domek, gdyż... Okazało się, że między nim a Anną wydarzyło się "zbliżenie" w tym własnym domku. Podobno bardzo się pokochali. Zamieszkał tam, ale nigdy nie znalazł sobie innej kobiety.
...
i...
i...
KONIEC!
*”Wszystko zostaje w rodzinie” miało być bardzo roboczym tytułem, ale jakoś tak został, więc chciałam do niego jakoś nawiązać w końcu, choć tak, przyznam, byle jak mi to wyszło...
Napisy końcowe:
Wątpię, bym próbowała jeszcze pisać jakieś opowiadanie, nie wiem, czy znowu nie zawiodę tak siebie, choć na papierze będę próbować, więc... Może kiedyś coś jeszcze opublikuję...?
Who knows...
Podziękowania:
Len, yawe - za komentarze, oczywiście, za bycie od początku... Ale także za wszelkie rozmowy o Herosach, bo właściwie z nikim innym o nich nie gadam, do tego tematu mam tylko Ciebie! :D
Asia, wydzial-zabojst - za komentarze też, za bycie ze mną od początku też. I życzę Ci, by Tobie opowiadanie się udało, musisz dużo ćwiczyć, a ja wierzę w Ciebie! :*
wszystkim innym komentującym - tym, oczywiście, którzy docenili moje wypociny :*
Bye!
{.Mila.}, wtorek, 12 lutego 2008, 18:39:06
7 | komentuj,
komentowali.
WZWR VI
O Boże... Wstyd mi!
*pada na kolana*
Mam nadzieję, że Wy potraficie mi wybaczyć, bo ja sobie nie.
Jetsem okropna i teraz możecie oficjalnie i dosłownie mnie skopać, nabluzgać i tak dalej.
Notka troche nudnawa, ale prez to też trzeba przejść, by iść dalej.
Starałam się nie robić literówek, ale obawiam się, że i tak gdzieś są. Szczerze - nie mam siły tego po raz setny sprawdzać.
Rozdział VII. "Historie rodzinne"
Ślęczałam przed monitorem komputera, psując wzrok i szukając przydatnych informacji na temat ginących gatunków. Przypomniało mi się ostatnio, że przecież projekt utkwił w miejscu martwym. A to już piątek, a przecież we wtorek przedstawienie prac. Moje biurko zawalone było zeszytami, jakimiś kartkami, kredkami, czymkolwiek tylko się dało. Już dawno powinnam to jakoś uporządkować, nie mam już gdzie "jeździć" myszką. Kiedy natrafiłam w końcu na cos godnego uwagi, na jednej ze stron o ochronie środowiska, do pokoju weszła mama.
Swoim sposobem, podeszła powoli do okna, zajrzała za firankę, spojrzała na Hiro ja dalej zajmowałam się tym, czym wcześniej.
- Co? - spytałam, wciąż wpatrzona w monitor.
- A nic, tak przyszłam zobaczyć, co porabiasz. - spojrzałam na nią, uśmiechnęła się i oklapła na wielki fotel, stojący pod oknem.
- Aha. Szukam coś na bio. - odpowiedziałam, wracając do pracy.
Często tak było, przychodziła do mojego pokoju, nic nie mówiła, posiedziała trochę, czasami pogadałyśmy o jakichś błahostkach, pytała, co w szkole. A ja słuchałam jej wtedy, szczerze mówiąc, piąte przez dziesiąte, bo najczęściej właśnie siedziałam przy komputerze, albo czytałam książkę, czy uczyłam się. Nic nadzwyczajnego.
- Mam sprawę... To znaczy, chciałam ci coś powiedzieć. - rzekła spokojnie. Przez jakiś czas nie reagowałam, ale po chwili zaszczyciłam ją moją uwagą, odwracając się w jej stronę.
- Tak? Coś się stało? - spytałam przezornie.
- Hm... - zastanowiła się. - Właściwie to nic wielkiego. Będę musiała tylko wyjechać na jakiś czas. Z pracy. - zaczęła oglądać swoje paznokcie i mruczeć coś pod nosem. Czasami, gdy tak robiła, wyglądała, jakby cały świat dla niej nie istniał.
- Tak? Gdzie i kiedy? - zaciekawiła mnie. Z tego, co pamiętam, nigdzie jeszcze z pracy nie wyjeżdżała, żadnych delegacji, czy jak to zwą. W ogóle wydaje mi się, że z Nowego Jorku nie wychylała nosa.
- Hm... - westchnęła. - Do Mediolanu, to znaczy, gdzieś pod Mediolan. Dwudziestego grudnia... A to znaczy, że...
- Nie będziesz na moich urodzinach. - dokończyłam, olśniona, a ona pokiwała głową. Kurczę, nie chcę tak. Wolałabym, żeby już nigdzie nie wyjeżdżała.
No dobra, może to dziwne, ale tak już jest. Wiele osób zarzuca mi, że jestem jeszcze dziecinna i bardzo przywiązana do mamy, ale tylko ją mam, tylko ja jedyną. Więc co się dziwić?
Ale do Mediolanu... Mediolan jest taki, taki... Włoski! Piękny, niesamowity!
Co prawda nigdy tam nie byłam, ale wystarczyło obejrzeć parę zdjęć, opisów tego nieziemskiego miasta, by poczuć jego magię...
A może... Może zabierze mnie ze sobą! To jest myśl!
- Niestety, nie będzie mnie na nich... Wiesz, że bardzo chciałabym. Ale nie ja tak ustaliłam, będziesz musiała zostać na jakiś czas sama... - powiedziała, wyprostowując się w fotelu.
Czy powiedziała "sama"?!
Na mojej twarzy wykwitł wielki uśmiech. Sama. Wolna chata, żadnych nadzoru i tak dalej...
A matko, co ja mówię! Najpierw nie chcę, by wyjeżdżała, a teraz cieszę się z "wolnej chaty"?! Czy to czasem nie ryzie się ze sobą?!
Jej, ja już sama nie wiem, co ja myślę, robię, mówię... Czasami się o siebie martwię...
- Nie, nie zostaniesz sama... - rzekła sucho, kiedy zobaczyła mój głupkowaty uśmieszek. - Pomyślałam sobie, że może będziesz mogła pobyć trochę u Katie? To chyba nie będzie dla niej problem? - spytała.
O proszę, jeszcze lepiej, perspektywa spędzenia z Katie paru dni jest nader interesującym pomysłem. Nawet pod nadzorem jej rodziców...
- Ale... Nie wiem, chyba żaden problem, ale... To na ile ty wyjeżdżasz?! - spytałam, gdy mnie olśniło. No tak, w końcu jedzie dość daleko, aż za ocean, do Europy, więc to nie może być "parę dni"...
- No więc, tego właściwie nie wiem... Ale miesiąc przewiduję... - stwierdziła. - Mniej więcej. - dodała.
Miesiąc!
Chwila, to już nie tylko chodzi o moje urodziny... A Boże narodzenie?! Tezż mam je spędzić u Katie, bez niej?!
- Mamo... - jęknęłam. - A Boże Narodzenie?! Pal licho moje urodziny, co ze świętami?! Nie możesz tak po prostu sobie pojechać na święta, mam je spędzić sama?!
Skrzywiłam się i spojrzałam na nią oskarżycielsko. Spuściła głowę, ale podniosła na mnie wzrok. Westchnęła i też się skrzywiła.
- Wiem, córeczko. – rzekła nieco sucho. – Ale nic na to nie poradzę. Nie jesteś już malutkim dzieckiem, poradzisz sobie. – Stanęła z fotela i skierowała się do drzwi, kiedy ja patrzyłam na nią osłupiała.
- Jeszcze o tym porozmawiamy. - stwierdziła, rzuciła mi krótkie spojrzenie i wyszła z pokoju.
- Jasne, świetnie. – mruknęła naburmuszona.
Wizja spędzenia świąt u Katie jest bardzo ciekawa, ale spędzenie ich bez mamy to już co innego. Nie przeczę, że jestem do niej bardzo przywiązana, ale to już nie kwestia tego. Mam tylko ją, rodzina jakaś inna? Nie, żadnej, babcia zmarła dawno temu, a ... O tej „drugiej” rodzinie wole nie myśleć... To znaczy, nawet sobie nie wyobrażam spędzenia świąt z NIM, albo z JEGO rodziną, nie, to nierealne. W każdym razie nie podoba mi się to, już nie. Niech odwoła ten wyjazd, w końcu wybór prosty: albo ja albo praca! Woli sobie jechać i mnie tu zostawić?!
Świetnie, cholera jasna!
*
* *
Dwie godziny później przemierzałam „podziemia” by dotrzeć do metra numer piętnaście, dzięki któremu mogłam dotrzeć do Katie. Że też musi mieszkać tak daleko! A zresztą... Nowy Jork, to Nowy Jork, tu wszystko jest daleko, do szkoły musze wstawać o szóstej, czasami wcześniej, żeby zdążyć na siódmą. Co za katorga, te korki, budynki ściśnięte ze sobą, masa ludzi, spaliny... Ale nie chciałabym mieszkać w żadnym innym miejscu. Wiele nowojorczyków, mieszkających tu od dziecka być może nie widzi, ale ja tak: widzę ta magię wielkiego miasta, zakurzonych ulic, rozpychających się ludzi, tysięcy sklepów, biurowców i mieszkań. Brzmi to normalnie, tak jest w wielu miejscach na Ziemi, ale każde miejsce ma swoją magię, swój zapach. Tego nie zamieniłabym na nic innego...
Metro nie spóźniło się, co mnie zdziwiło, więc chwilę później byłam prawie przed domem Katie, jeszcze tylko spacer na jej ulicę, dziś zupełnie nie chciało mi się jechać autobusem.
Mieszkała w całkiem innej części miasta, prawie na obrzeżach, na ulicy zapełnionej jednorodzinnymi domkami, lub większymi willami. Sielanka wkoło aż przesładzała.
Doszłam do jej dużego, białego domu o czerwonych okiennicach i weszłam przez zieloną bramkę na dróżkę prowadzącą do drzwi. Zadzwoniła i za chwilę drzwi otworzył mi jej starszy brat, Jeremy.
- Siemasz, Harey. – burknął. Wychudzoną ręką rozwichrzył swoje półdługie, ciemne włosy.
- Cześć. Co jest? – spytałam, wyczuwając jego zły nastrój. Mam nadzieję, że Katie jest w lepszym humorze.
- Nawet nie pytaj. – westchnął i zaczął miętosić swoją szarą bluzkę. – Siora siedzi u siebie. – rzucił, po czym zmył się do kuchni.
Nie pozostało mi nic innego, jak powieszenie płaszcza na wieszaku i wejście po wysokich schodach na piętro domu. Byłam tu tyle razy, że znałam prawie każdy zakątek jej domu, ona zresztą mojego mieszkania pewnie też. Wchodząc po nieco skrzypiących stopniach mijałam rodzinne fotografie, powieszone na ścianie jakby od linijki. Już wiem po kim Katie ma pedantyzm.
- Ahoj, kamraci! – zakrzyknęłam wpadając do jej pokoju. Siedziała na swoim łóżku, w ręku dzierżąc ołówek i kartkę, pewnie znów coś bazgrała.
- Cześć. – odrzuciła sprzęty na bok. – Kto ci otworzył?
- Twój brat. Swoją drogą, co mu jest? – spytałam. Rzuciłam się na wielki fotel, przypominający przerośniętą poduszkę.
- O matkooo... Masakra! – stwierdziła, jakby cokolwiek miałoby mi to wytłumaczyć i usiadła na obrzeżu łóżka z nieco „konspiracyjną” miną. – Prowadzi otwartą wojnę z rodzicami. Stwierdził, że nie wierzy w Boga i jest ateistą. Tato tak się wkurzył, że chyba chce go wydziedziczyć. – wytłumaczyła podnieconym głosem i na jej twarzy rozkwitł wielki uśmiech.
Moje brwi powędrowały do góry. No nieźle... Rodzice Katie są naprawdę mocno wierzącymi katolikami, więc jeżeli Jeremy wyskoczył z takim czymś, to wydziedziczenia naprawdę może się spodziewać.
- Żartujesz?! – zamiast mi odpowiedzieć zmrużyła oczy.
- Nieważne, już gorsze rzeczy wyprawiał, robi to, żeby się z nimi koniecznie pokłócić. Przyzwyczajona jestem. Lepiej powiedz, co u ciebie. – znów wyszczerzyła się ukazując trochę krzywe zęby. Zawsze jej powtarzałam, że powinna nosić aparat, ale ona twierdzi, że same się wyprostują. Jasne, a gruszki rosną na wierzbie.
- U mnie? – spytałam uprzejmie, jakbym nie wiedziała, o co jej chodzi. Przewróciła oczami i rzuciła się na łóżko.
- Nie wnerwiaj mnie, tyko gadaj. – westchnęła, czekając na moją spowiedź.
- O tym, że spotkałam się z Zacharym już wiesz. – oczywiście, że wie, zaraz jak wróciłam zadzwoniłam do niej i zdałam relację. I teraz już wiem, że za rachunki telefoniczne mama mnie zabije. – Ale nie wiesz o tym, że moja mama chce mnie zostawić na święta! – skrzywiłam się na to. Katie wstała z łóżka, usiadła na obrotowym krześle i przysunęła się do mnie.
- Ma jakiś wyjazd z pracy. – wytłumaczyłam. – Akurat przed świętami, jedzie sobie do Mediolanu, a na święta, ba! Nawet na sylwestra nie wróci...
- Serio? Ale, że aż do Mediolanu... – z krzesła przerzuciła się na oparcie fotela, niestety tak, że teraz prawie leżała na mnie. – Czyli co? Z kim spędzisz Boże Narodzenie? Bo chyba nie z... – zrobiła znacząca minę i już wiedziałam, o co jej chodzi.
- Nie! – zaprzeczyłam szybko. – Nie wiem z kim... To znaczy... Myślałam, że może mnie przyjmiesz Ty i Twoi rodzice... To znaczy, mama tak chciałaby...
- Coś ty?! – krzyknęła i zarzuciła mi ręce na szyję. – Jasne, że zostajesz u mnie! Nie ma innej opcji! – uśmiechnęłam się. To wcale problemu nie załatwia, ja naprawdę nie chcę by ona tam jechała. Próbowałam później parę razy z nią o tym porozmawiać, ale jest nieugięta. I chyba nie chodzi właściwie o to, że woli jechać, tylko po prostu obie „dorastamy”, a poza tym dostała swoją wielką szansę.
- Będzie nieziemsko! – stwierdziła moja przyjaciółka. – Ale do świąt jeszcze daleko, a tymczasem... – wstała „ze mnie” i podeszła do wielkiej szafy z lustrem w drzwiach. – Już w sobotę wielka impreza. – dokończyła, na co ja przewróciłam oczami. – Och, nie rób takiej miny, Appleton, czy nie Appleton, - impreza jest i trzeba coś z tym zrobić.
- Tak, najlepiej nie iść! – fuknęłam, ale ona, niezrażona pociągnęła mnie za rękę w swoją stronę.
- Nie gadaj głupot, pomóż mi lepiej, bo, jak zwykle, nie mam w co się ubrać.
Katie i te jej „nastoletnie problemy”...
*
* *
Czarny samochód zatrzymał się przed wysokim budynkiem znajdującym się za szarą bramką. Było już grubo po dwudziestej i zaczynało się ściemniać. Mężczyzna, ubrany cały na czarno, jakby pod kolor pojazdu, wysiadł, wyjął z bagażnika wielką torbę podróżną i skierował się do budynku. Stanął pod drzwiami i przycisnął mały guziczek domofonu przy nazwisku Quinto. W oddali słuchać było krzyki jakichś nastolatków, warczenie psów i szum samochodów na ulicy, jednak wszystko zaczynało powoli cichnąć wraz z zachodzącym słońcem. W domofonie coś mruknęło, warknęło i w końcu usłyszał nieco przytłumiony głos:
- Tak, słucham? – po głosie można było rozpoznać, że osoba nie jest zadowolona, ale on wiedział, że jak się dowie, kto u niej zagościł od razu się rozweseli. I miał rację.
- Cześć mamo, to ja, Zach. – rzekł „do urządzenia”. Na chwilę nastała cisza, by w końcu usłyszał prawie, że krzyk:
- Zach?! Wchodź szybko! Nie spodziewałam się... – dalsze słowa stłumił odgłos włączonego urządzenia, które otwierało zamek. Szybko złapał za drzwi, zarzucił na ramię torbę i zaczął wchodzić po schodach. To tylko drugie piętro, więc windę sobie może odpuścić.
Jego matka stała już przy otwartych drzwiach, czekając. Wyglądała tak samo, jak wyglądała zawsze kiedy przyjeżdżał i naprawdę nie pamiętał jej innej. Ubrana była już w atłasowy szlafrok, którym mocno się owinęła, na głowie miała upięty ściśle kok, jej włosy były już bardzo siwe, wzrok miała trochę zmęczony, ale ostry, jej brązowe oczy świeciły wewnętrznym blaskiem, usta miała ściśnięte. Nie wiedział dlaczego, ale zawsze była zimna, nie okazywała uczuć w taki sposób, jakby chciał. Wiedział, że kochała go, w końcu był jej synem, ale nie pamiętał, by mu to kiedyś wprost powiedziała.
- Zach, miałeś być dopiero na święta! – rzekła. Położyła na jego ramionach dłonie i pociągnęła go lekko do siebie, by pocałować go w policzek.
- Cześć mamo. Tak, wiem, ale jest coś... O czym chciałem ci powiedzieć już teraz.
Spojrzała na niego uważnie i nieco podejrzliwie.
- Och, wejdź. – zreflektowała się.
Przekroczył próg dużego mieszkania, do którego Alice* Quinto przeprowadziła się po śmierci męża. Twierdziła, że duży dom w Green Tree, w którym mieszkali od zawsze mieści w sobie zbyt dużo wspomnień, poza tym czuła się tam samotniej niż w bloku pełnym sąsiadów.
Zach zdjął buty i kurtkę, kobieta wzięła od niego torbę.
- Widzę, że zostajesz dłużej, bardzo się cieszę. – rzekła, ale sucho, tak jakby naprawdę się nie cieszyła. Przyzwyczaił się i nie uraziło go to.
- Mamo... – zaczął powoli, zanim w ogóle zdążyli wejść do kuchni i usiąść. – Odnalazłem Annę Milou i odnalazłem swoją siostrę.
Starsza kobieta na chwilę przystanęła i zaczęła intensywnie się w niego wpatrywać. Co on mówi?!
*
* *
Siedziałyśmy w ciszy oglądając kolejny z odcinków amerykańskiej Brzyduli*, obydwie ubrane już w piżamy, ja siedziałam na wielkim, białym fotelu, a mama leżała na kanapie.
- Twój ojciec ukrywa więcej, niż się możesz spodziewać, Danielu... – wymówiła jedna z bohaterek do głównej postaci w tymże serialu. I wtedy, właśnie wtedy mnie tknęło.
Tyle się wydarzyło, a ja nawet o tym z nią nie porozmawiałam, tak naprawdę. Najpierw chciałam, potem odechciało mi się, ale teraz... Właśnie teraz poczułam, że muszę poznać też tą stronę opowieści o moim życiu. Spojrzałam w jej stronę, wpatrzona była z uśmiechem w ekran telewizora. Naprawdę uwielbiała ten serial, być może prawie tak samo, jak ja uwielbiam Herosów.
- Dlaczego mi się przyglądasz? – spytała, kiedy poczuła mój wzrok na sobie, pomału oderwała się od oglądania i spojrzała na mnie uważnie. Na jej smukłej twarzy odbijało się światło z wielkiego telewizora.
- Mamo... – zachrypiałam, jakbym nie mówiła żadnego słowa od wielu miesięcy. Chrząknęłam i z pozycji pół leżącej podniosłam się do siedzącej. – Ja chcę wiedzieć. – wypaliłam i widząc jej nierozumiejąca minę dodałam:
- Chce wiedzieć dokładnie, od Ciebie, jak to było z tobą i...eee... tatą... – serio, to ja już sama nie wiem, jak mówić o tym człowieku. Tato. No, ciekawe, z jakiego statusu...
Spojrzała na mnie i tez podniosła się na łóżku do pozycji siedzącej. Westchnęła. Chyba myślała, że to już za nią i naprawdę nie będzie musiała mi o tym opowiadać, chociaż wcześniej deklarowała, że jest na to gotowa. Włączyła lampę stająca koło łóżka i wyciszyła telewizor, w pokoju rozjaśniło się.
- Od czego mam zacząć...? – spytała ni to mnie ni to siebie. Najlepiej od początku, pomyślałam. Westchnęła i uśmiechnęła się. – Kiedy miałam piętnaście lat, Zach przyszedł do naszej szkoły. Byłam w grupie, która pomagała nowym, przenoszącym się z innych szkół w zapoznaniu się z otoczeniem. I trafił mi się akurat Zach, jestem dwa lata starsza od niego, więc pomagałam mu też w odrabianiu lekcji i tym podobnych... Więc bywałam często u niego w domu. Swoją drogą, miał strasznie wielki dom i ogród, więc wpadałam częściej niż trzeba było... Jego ojca nigdy nie było w domu, ale w końcu go spotkałam, kiedy wrócił z kolejnej delegacji... – zatrzymała się na chwilę. Ja siedząc i wpatrując się w jej miłą twarz słuchałam uważnie każdego słowa. Rzuciła mi krótkie spojrzenie, znów poprawiła się na łóżku i ciągnęła dalej:
- Thomas* był bardzo podobny do Zacha, ale tylko wyglądem. Zawsze miał nieco tajemniczy wyraz i dziwnie spoglądał na mnie. Pewnego dnia zaprosił mnie na kawę, gdy przyjechał pod szkolę po Zacha, ale tego już dawno nie było. I tak się zaczęło, zapraszał mnie to tu to tam. Wtedy nie myślałam, że to coś złego... To znaczy, do momentu aż pierwszy raz mnie pocałował... Byłam w nim zakochana po uszy, był uroczy, miły, traktował mnie jak równą sobie, chociaż byłam od niego o wiele młodsza. Trwało to rok, podczas którego zaszłam w ciążę, zdążyłam się z nim śmiertelnie pokłócić, zostawił mnie z tym wszystkim. Straciłam nadzieję na normalne życie, byłam załamana, chciałam własnej śmierci. Potem się urodziłaś i mój świat znów stał się kolorowy... – uśmiechnęła się na to i popatrzyła na mnie z miłością. – Znasz dalsze nasze losy. Thomas zostawił i wyrzekł się nas, przestałam się tym przejmować zresztą, wiesz, jak jest...
Odwróciła wzrok, ja swój spuściłam. Nie powiedziała mi nic nowego, ale usłyszeć to wszystko od niej było całkiem nowym doświadczeniem. Zrozumiałam teraz jeszcze dobitniej przez co musiała przejść, jaka silna musiała być, by to znieść. Poczułam się tak, jakby wszystkie wątpliwości zostały rozwiane, jakby od teraz miało być już coraz lepiej, jakby to, że zaczynam poznawać „tajemnice rodzinne” było już nieważne. Wstałam z fotela, podeszłam do łóżka, usiadłam obok niej i przytuliłam ją.
- Kocham cię mamusiu. – szepnęłam do jej ucha i uśmiechnęłam się z radością, potem zgasiłyśmy lampę i telewizor i zasnęłyśmy.
*
* *
- A więc zmieniła nazwisko... – potrafiła tylko mruknąć, kiedy Zach opowiedziała jej o wszystkim co spotkało go od śmierci Thomasa . Nigdy nie wybaczyła mężowi romansu z tą dziewuchą i choć kochała męża ponad życie, nigdy nie potrafiła zapomnieć, jak bardzo ja upokorzył. A teraz jej rodzony syn robi coś takiego. Poszukuję tego bękarta.
- Tak... – zdziwiło go, że akurat o tym wspomniała. – Nie wiem jednak, dlaczego.
Napił się zimnej już prawie herbaty i spojrzał na wilki, wiszący nad lodówką zegar ścienny. Grubo po jedenastej. Westchnął i spojrzał na matkę. Chyba trochę żałował, że jej o tym powiedział. Ale gdyby nie powiedział, czułby się jeszcze gorzej. Mógł się tylko domyślać, ile Anna Milou, nie bezpośrednio, ale jednak, wyrządziła jej krzywd. Rozumiał, że wciąż to rozpamiętywała, choć było to tak dawno.
- Mamo... Rozumiem, co przeżywasz, ale...
- Wątpię, byś rozumiał... – przerwała mu ostro. – Nie chcę mieć nic wspólnego z Anną Milou, ani jej dzieckiem, nic, rozumiesz, synu? Nie mogę zrozumieć po co szukałeś tej dziewuchy, ale ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. – Obrzuciła go groźnym i suchym, ale tez bardzo zmęczonym wzrokiem.
Odwrócił wzrok i westchnął zrezygnowany. Nie spodziewał się jednak lepszej reakcji.
- Wiem, mamo, ale chciałem, żebyś wiedziała, pomimo wszystko. – odrzekł.
Alice wstała z krzesła, szurając nim mocno. Zabrała ze stołu szklanki po herbacie i talerzyk po ciasteczkach.
- Jest już bardzo późno, powinniśmy już dawno spać.
Szybko zmyła naczynia i zaprowadziła syna do pokoju gościnnego. Zach szybko się obmył i zasnął już przed dwunastą, ale Alice nie zasnęła do czwartej nad ranem. Nie mogła po tym wszystkim, jeszcze raz przeanalizowała, to co mówił jej syn. Ta cała Anna i Harey... W ogóle co to za imię! Thomas na pewno go nie wymyślił, na szczęście.... I na szczęście ta dziewucha ze swym bękartem nie pojawiła się w ich domu.
Alice miała szczerą nadzieję, że nigdy się nie pojawi.
***
* Alice, Thomas – nie mam zielonego pojęcia jak rodzice Zacha się nazywają, serio nie mogę tego znaleźć, więc proszę o wyrozumiałość. Jakbyście znali ich imiona to proszę podać mi.
{.Mila.}, sobota, 6 października 2007, 15:42:36
8 | komentuj,
komentowali.
Tak bywa.
Notki nie ma, będzie jak napiszę.
Miała być dziś? No tak, ale nie ma.
Nie zawieszam, ale nie będę się tłumaczyć ze spóźnienia, nie chce mi się.
Jeszcze poczekajcie, wrócę za parę dni.
Ave.
{.Mila.}, sobota, 15 września 2007, 14:25:05
2 | komentuj,
komentowali.
WZWR VI
Okay, jednak następna część, choć miała być nieco później. W każdym razie, co ważne: na nastepną poczekacie trochę dłużej niż zwykle.
Rozdział VI. "Aaa, Sylar!"
Kiedy kończyła się ostatnia lekcja czułam się trochę... Podniecona. Ale bez takich tutaj, chodziło tylko o to, że to będzie chyba taka nasza pierwsza luźna rozmowa z Zachiem. To znaczy... Zależy, co chce mi pokazać, o czym gadać. Ale jakby nie patrzeć: nasza pierwsza rozmowa to były takie straszne emocje w związku z tym, że to był "ten pierwszy raz". A teraz powinno być lepiej.
Przynajmniej o to się modliłam, kiedy wchodziłam do Eden's Cafe.
Rozglądnęłam się, ale jego jeszcze nie było, więc rzuciłam płaszcz i torbę na pierwszy lepszy stolik i podeszłam do Eden.
- Hej! - oparłam się o blat i krzyknęłam do stojącej tyłem kobiety, która w tym momencie podskoczyła. Szybko obróciła się, spodziewając się najgorszego.
Niestety, to tylko ja.
- Boże! - westchnęła.
- Wystarczy Harey, bejb. - zażartowałam i obdarowałam ją szczerym uśmiechem.
Przwróciła oczami i zrobiła mi shake, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
Szake zawsze piję, gdy tu jestem, nawet w środku dość chłodnej jesieni. Za to ona zawsze mówi swoje:
- Rozchorujesz się, zobaczysz. - I zawsze mówi takim tonem, jakbym rzeczywiście miała zaraz paść i umrzeć.
- Co u Ciebie? - spytała.
- Jakoś leci.
- Ano, szłyszałam. - o proszę, pewnie mama już tu u niej była, nie dziwię się!
Przyjaźnią się, no cóż.
- Wiesz, ciekawa akcja z tym twoim...
braciszkiem. - uśmiechnęła się cokolwiek paranoicznie.
Kurdę, zaraz jej coś zrobię.
- Yhy, jaaasne. Super, nie? Po prostu luz blues i lody truskawkowe! - sama czasami nie wiem, co mówię.
Zaśmiała się i zaczęła wycierać blat małą ściereczką.
- Oj, tam. Nic takiego strasznego, serio, ja bym się tam cieszyła. - Kiedy zobaczyła moją minę szybko dodała, jakby z oburzeniem:
- No, chyba mi nie powiesz, że się przynajmniej choć troszeczkę
nie cieszysz?! W końcu, jakby nie patrzeć, to ktoś sławny. Fajnie tak!
- Yhy, jaasne. - zaczynam się chyba powtarzać. Jasne, bardzo się ciesze, że hej!
Właściwie to ja sama nie wiem, czy się cieszę, czy nie, w ogóle nie wiem, jak się do tewgo wszystkiego odnieść...
W każdym razie jest mi z tym...
Dziwnie, i tylko tyle mam do powiedzienia na ten temat.
Eden została "wezwana" przez jednego z klientów, więc wycofałam się do stolika i oklapłam na krzesło, czekając na Zacha.
Długo nie musiałam, pojawił się pięć minut później. Był ubrany na czarno, jakby się wybierał na pogrzeb, w ręce niósł jakąś szarą kopertę. Podszedł z mojej strony i wyglądał tak jakby nie wiedział co ma zrobić.
Zrobił gest, tak, jakby chciał mnie przytulić (!) na powitanie, ale tylko wyciagnął rękę i rzekł:
- Cześć.
- Hej. - odpowiedziałam niepewnie.
Usiadł naprzeciwko mnie, zdjął kurtkę i powiesił ją na oparciu krzesła.
- Co tam u ciebie? - spytał luźno i spojrzał na mnie uważnie.
- Ee... - wydukałam dość głupio, ale zaraz się zreflektowałam. - Dobrze, nawet. Dużo roboty w szkole. - zawsze neutralna odpowiedź w moim wykonaniu: jest okay, ale w szkole zawsze
coś.
Szara koperta leżała na stoliku i wpatrzyłam się w nią, więc zaniechał "luźnej pogadanki" i zajął się nią.
Mianowicie zaczął wywalać z niej jakieś papierzyska.
- Dość tego dużo, ale chciałem ci pokazać. - wyciagnął z pokaźnej kupki jakieś dwa zdjęcia, których nie dojrzałam jednak. - Najpierw może to. - I podsunął mi je.
Wzięłam szybko do rąk i przyjrzałam się.
Na jednym z nich byłam ja, we własnej osobie, zdjęcie, które robiłam rok temu do legitymacji.
Śmiesznie wygladałam.
Ale chwila! Skąd on to ma?!
Podniosłam wzrok na niego i jedna z moich brwi powędrowała do góry.
- Hmmm... - wyadałam z siebie mruk.
Spojrzałam na drugie zdjęcie. Przedstawiało Zacha stojącego obok jakiegoś starszego mężczyzny o ciemnej karnacji, siwych już włosach i brwiach i ciekawych, ciemnych oczach.
Ojć, chyba sie domyślam któż to.
- To... Tato. - rzekł, a ja się skrzywiłam.
Rzuciłam zdjęcia na stolik.
- Super. - mruknęłam i spojrzałam na niego z trochę ironiczna miną.
Chyba innej reakcji sie spodziewał.
Po cholerę mi to w ogóle pokazał?
Nie trzeba mi wiedzieć, jak wyglądał. Wiem, co nastapi potem. Będę sie zastanawiać, czy mam coś podobnego do niego, co sprawiło, ze spodobał się mamie.
Czy Zach jest do niego podobny, czy jest taki jak on.
I po co mi to?!
Odwróciłam głowę w bok i westchnęłam, miałam nieco naburmuszoną minę.
- Nie tylko to chciałem ci pokazać. To... - położył ręce na reszcie papierów. - To wszystko - to ty. To rok moich i mojego detektywa poszukiwań. - Podsunął to wszystko bliżej mnie.
Zaciekawiło mnie, nie powiem. Sporo nawet tego było.
Wynajął detektywa? To aż tak bardzo się starał? Myślałam, że po prostu tatuś mu wyjawił, gdzie mieszkam i tak dalej.
- Detektyw? To aż tak bardzo trudno mnie znaleźć?! - spytałam i zaczęłam przeglądać dokumenty.
- Niestety, ojciec wyjawił mi tylko imię i nazwisko twojej mamy, stare nazwisko. - A prawda, stare nazwisko.
Bo tak właściwie prawdziwe nazwisko mojej mamy to Milou, nie Milo. Nie wiem dlaczego ucieła ostatnią literke, ale podobno miała jakiś problem, więc musiała to zrobić.
Czy zrobiła to tylko dlatego, by ukryć się przed... Tatą?
O proszę, mój akt chrztu, a nawet Pierwszej Komunii Świętej.
Co on tu jeszcze ma? O kurczę, moje dyplomy z podstawówki, zaświadczenia lekarskie.
Cholera jasns, poważnie mi to wygląda. Przez chwilę nawet poczułam się, jak ktoś kogo rząd poszukuje.
- Sporo tego. - mruknęłam.
Spojrzał na mnie uważnie, a potem uśmiechnął się dziwnie.
- Warto było. - stwierdził i odchylił się na krześle.
- Taaak? - zrobiłam ironiczna minę. - Jeszcze za mało mnie znasz. - Roześmiałam się w duchu. Taka prawda, jak się bardziej wyluzuję w jego obecności (możliwe to?!), to się przekona.
- Co o tym wszystkim myślisz? - spytał szczerze.
Co ja o tym myślę?!
- Ja... Sama nie wiem. Czuję się dziwnie. - wydukałam prawdę. - To chlernie dziwne, nie uważasz?
- Jasne. - przyznał. - Ale jakoś to będzie, najtrudniej było przyjechać do ciebie i się poznać. Ale teraz już będzie lepiej. - Powiedział to takim tonem, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Później, choć nie wiem, jak to się stało, od słowa do słowa i zaczęliśmy "grać" w "co kto i dlaczego lubi".
- Ulubiona książka? - spytał.
- Ee... Sama nie wiem, lubię dużo książek. Jak na razie wygrywa "Mały Książę" - roześmiałam się, on też.
- Kim byś był, gdybyś nie był aktorem?
- Hm... Nie wiem. Naprawiałbym zegarki. - parsknął, a ja o mało nie udławiłam się shake'iem.*
- Ulubiony film?
- Herosi.
- Ale to nie film.
- No to nie wiem.
- Ulubiona piosenka, ostatnio?
- Infernal - Ten Miles.
- Co to jest Infernal?
- Nie znasz...
- No, raczej nie, ja słucham Led Zeppelin.
- Serio? Nie znam ich piosenek.
- Nie dziwię się.
- Hej, to jakaś aluzja?
- Nie, gdzieżbym śmiał!
Co chwile uśmiechalismy się, chcichotaliśmy.
Poczułam się tym razem normalnie w jego towarzystwie. Tak, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi od dłuższego czasu. Nie przeszkadzało mi to, że gadam z kimś, kogo jestem fanką, ani to, że jest moim bratem. Od paru dni.
Dopiłam do końca shake, więc chciałam zawołać Eden, by przyniosła mi następnego, ale nie musiałam się wysilać, bo pojawiła się nagle koło naszego stolika, nieodłącznie ze słodkim uśmiechem na twarzy i notesikiem z długopisem w rękach.
Tylko, że na mnie nawet nie spojrzała, za to przykleiła wzrok do Zacha.
Podniosłam brwi.
- Przepraszam... - Zaczęła niepewnie. Wyciagnęła notesik w stronę Zacha i spytała słodkim głosem:
- Mogę poprosić o autograf?
Szczerze, gdybym miała teraz coś w buzi, to na sto procent udławiłabym się tym.
Quinto tez uęmiechnął sie umilnie, jak ona i podpisał się na małej karteczce. A ja dostałam paranoicznych chichotów, sama nie wiedziałam jak się zachować.
Świetnie, ale mi tu wyskoczyła, taka niepozorna Eden Wilson!
A potem, nie wiem, jak to się stało, wepchnęła się koło mnie i zaczęła z nim gadać!
- A więc, nagrywacie już drugą serię, tak? - spytała i tak się zaczęło.
Chwilę pogadali, a potem gdzieś poszła.
- Miła. - stwierdził.
Westchnęłam i znów zachichotałam.
- No i z czego się śmiejesz?! - spytał z udawanym oburzeniem.
- Ja?! Ależ jakbym śmiała! - odpowiedziałam poważnie.
Tym razem on się zaśmiał.
*
* *
- Anna! - do gabinetu panny Milo wkroczyła energiczna, niska kobieta o bujnych, kręconych lokach i jasnych, rozświetlonych oczach. Co rusz postukiwała dużymi szpilkami, przestępując z nogi na nogę.
- Co się stało? Nie wpadaj tu tak, bo zawału kiedyś dostanę. Siadaj - Anna wskazała jej mały fotelik na przeciwko biurka, przy którym pracowała. Leżało na nim pełno jakichś starych przedmiotów o nieokreślonych krztałtach, do każdego mama Harey doklejała karteczkę z najważniejszymi informacjami: rok, nazwa, miejsce znalezienia, przynależność do danej epoki, cena.
- Mamy takie zlecenie, że aż... Dech zapiera! - stwierdziła jej współpracownica.
Anna od razu się zaciekawiła tym, dawno nie dostali bowiem bardzo poważnego zlecenia, czy czegokolwiek podobnego.
- No mów, co, gdzie, jak? - oparła ręce na krześle, przestając interesować się antykami na jej biurku.
- No więc... Kurczę, nie zaczyna się zdania od... No, w każdym razie... Sprawa dzieje się w Europie i za Chiny ludowe nie wiem, dlaczego skontaktowali się z nami. W jakiejś zapadłeł wsi pod Mediolanem mieści się mały, stary, zapadnięty zameczek. Z piętnastego wieku. A w nim... Lampy, obrazy, materiały, wazony, ozdoby, figurki... Wszystko, czego dusza zapragnie! Zameczek przechodził z pokolenia na pokolenie we włoskiej rodzinie Ruizów, a teraz ostatni ich potomek i właściciel zameczku zadzwonił do nas, byśmy my się wszystkim zajęli! Chce nam to sprzedać, oddać, cokolwiek, wszystko, co zdołamy udźwignąć! - zafascynowana tym wszystkim kobieta opadła znów na fotel, bo w czasie wywodu zdążyła wstać.
Anna otworzyła szeroko swoje niebieksie oczy. No proszę, proszę... Jeżeli to nie żadna podpucha, a antyki z tego zamku są autentyczne... To czeka ich niezła robota!
Dawno jeszcze nie dostali aż takiego zlecenia!
Chociaż... Dlaczego jakiś włoch miałby sprzedawać wszystko, co należało do jego rodziny od paru stuleci właściwie i to akurat firmie z Nowego Jorku?
Podzieliła się tym z towarzyszką.
- Oj tam, wszędzie węszysz. Poza tym to jeden z tych włochów-modnisiów, którym w głowie tylko piękne kobiety, drogie samochody i imprezy na jachtach. Po co mu jakiś zapadły zamek z jakimiś zakurzonymi gratami? A dla nas to niesamowita szansa na zbicie dużych pieniędzy! Przecież wiesz.
- No, kurczę, chyba masz rację... Trzeba to będzie załatwić, wysłać kogoś, zbadać... Jak najszybciej.
- Jasne, zajmiesz się tym!
- Słucham, ja?! - tego Milo nie spodziewała się. Jak na razie to przesiadywała w gabinecie i w archiwum, czy na składzie antyków, segregowała, podpisywała, nigdzie nigdy jeszcze nie wyjeżdżała po "artykuły".
- Szef wybrał ciebie, wiesz, jaki on jest. Oczywiście sama nie jedziesz, zabierasz ze sobą Ruperta. - No, jeszcze lepiej! Akurat Rupert, którego Anna totalnie nie trawi!
No cóż, ale dla takiego zlecenia...
- Kiedy to wszystko ma się odbyć i jak? - spytała, już nieco bardziej uspokojona.
- Wyjazd już za dwa miesiące. Jedziesz do Mediolanu, dwudziestego grudnia.
- Wow, aż do Mediolanu... Nigdy nie wyjeżdżałam poza USA... - Towarzyszka podeszła do niej i poklepała ją po ramieniu.
- Hej, wiesz, że będzie dobrze. W końcu jedzie z tobą Rupert. - i zaśmiała się, cała firma wie, jak ta dwójka się nie znosi.
- Własnie, świetnie, ale pomysł! Też mi coś...! - krzyknęła do już wychodzącej współpracownicy.
Wtedy przypomniało jej się coś. Cholera, dwudziestego trzeciego grudnia Harey kończy siedemnaście lat... A w trzy dni wszystkiego napewno nie załatwi...
*
* *
Po jakże cudownym akcencie z Eden postanowiliśmy wyjść na świeże powietrze i gdzieś się przejść.
Niedaleko był ładny park z wielką fontanną, więc tam skierowaliśmy się. Przez całą drogę rozmawialiśmy właściwie tylko o mnie, o szkole, o mamie, nawet o moim dzieciństwie.
- Zawsze lubiłaś tańczyć? - spytał, gdy usłyszał, że chodzę na kurs.
- Jasne, od kiedy tylko pamiętam. Mama mówi, że jak byłam mała, to nic innego nie robiłam. Zatańczyłabym ci coś, ale tak na ulicy to się krepuję. - zażartowałam. - Ty za to lubisz śpiewać. - stwierdziłam.
- Ja?! - przeraził się.
Wybuchnęłam śmiechem.
- No tak, widziałam i słyszałam!
- Ale jak, gdzie, kiedy?! - spytał, dalej zdziwiony.
- Haha, a to na Hot in Hollywood**, z Jack'iem Colemanem i spółką, to co?! Że niby nic?
Zmrużył oczy, a potem nagle złapał się ręką za głowę.
- Kurdę, rzeczywiście, przypomniałem sobie. To była katastrofa! - zaczął śmiesznie machać dłońmi, jakby łapiąc muchę.
- Wcale nie, masz fajny głos właściwie. - uśmiechnęłam się.
Hej, ja serio tak uważam! Wcale ciekawy głos!
- Jaaasne. - skrzywił głowę.
- Zaśpiewaj mi coś, no dalej, dalej! - szturchnęłam go łokciem i podniosłam głowę. W końcu jestem od niego niższa.
No cóż, jego sto dziewięćdziesiąt centymetrów to nie przelewki, zwłaszcza, że ze mnie kurdupel jest!
- No, chyba oszalałaś! - stwierdził całkiem poważnie, przyglądając mi się.
Komicznie zmarszczyłam nos i szturchnęłam go znów.
- No daaawaj, co się krępujesz... - mruknęłam.
Odchylił głowę do tyłu i zaczął się śmiać.
Weszliśmy już na teren parku, gdzie pełno było drzew i trawiastych półkoli, z masą dzieci biegających w tą i z powrotem. Co za sielanka...
Zrobił taką minę, że już myślałam, że naprawdę zaraz zacznie śpiewać, ale nie było nam to dane, ponieważ coś zaatakowało z boku.
Jakieś dziecko.. Nie no, przepraszam, na jakieś piętnaście lat to wyglądało, w każdym razie zachowało się jak dziecko...
Z boku wyskoczył jakiś chłopak ze spodniami z krokiem w kolanach i z grzywką opadającą na oczy.
Nie dość, że wyskoczył, co spowodowało to, że o mało nie rypłam na ziemię, to jeszcze zaczął coś krzyczeć.
Dopiero po chwili zorientowałam się, co...
- Aaaa, Sylar! SYLAAAR!!! - Po tym zniknął za którymś z drzew.
Jak to do mnie dotarło, to przez chwilę nie wiedziałam, co robić, ale potem wybuchnęłam śmiechem.
Zgięłam się w pół i zaczęłam się histerycznie śmiać.
No cóż, tym razem przynajmniej miałam jakiś powód.
Spojrzałam na Zacha, stał jak wryty i nie wiedział za bardzo, co zrobić, ale potem zrobił obojętną minę.
- Przyzwyczaiłem się... - stwierdził spokojnie, gdy już jako tako się uspokoiłam i spytałam, o co chodzi. No tak, coś o tym czytałam, że niektórzy ludzie aż za bardzo kojarzą go z tą postacią...
Usiadłam na pobliskiej ławce. Wyciągnęłam przed siebie nogi i wyłożyłam się wygodnie. Sylar... Znaczy się Zach, oczywiście, usiadł koło mnie.
- Oryginalnie, przyznaję... - pomachałam głową.
- Tak? To powinniście się zaprzyjaźnić! - zażartował.
- Hej! - szturchnęłam go ręką w ramię.
Spojrzał na mnie z uwagą i wydał się być zadowolony.
Już się chyba domyślam dlaczego.
Jakoś tak wyszło, że cały czas zachowuję się względem niego normalnie, na luzie, nie przejmując się sprawami z wczoraj.
Właśnie, znam go dopiero od wczoraj!
I znów to dziwne uczucie... Raczej nie pozbędę się go nigdy, tego uczucia...
Właściwie, co to za uczucie, którego sama nie potrafię opisać? To tak, jakby miało wydarzyć się coś ważnego, na co czekałam od jakiegoś czasu.
Albo tak, jakby stało się coś cholernie ważnego, coś, co zaważyło nad moim życiem...
A nie stało się, właściwie?
Przecież poznałam swojego brata, dość późno, jakby nie patrzeć, dowiedziałam się sporo rzeczy na temat moich rodziców...
Czy to nie wystarczająco, by twierdzić, że jednak
coś się zmieniło?
Ano, coś tak... Oczywiście dalej jestem sobie Harey Milo, lat szesnaście, mieszkająca w Nowym Jorku...
Ale to dopiero dwa dni (a czuję się, jakby to było już bardzo długo)... Kto wie, co się może wydarzyć?
Siedzieliśmy tak sobie na ławce, zapadła cisza i byliśmy tylko w sobie znanych nam światach, ale szybko się przebudziliśmy.
- Cześć. - usłyszałam głośne powitanie
kogoś.
Podnisołam zdezorientowany wzrok. Och, nie...!
- Cześć, Dan. - skrzywiłam się, kiedy na jego twarzy pojawił się zawadiacki, pewny siebie pół-uśmieszek.
Spojrzał na Zacha uważnie, właściwie to "zjechał" go od góry do dołu i podniósł brwi do góry.
Zach za to popatrzył na mnie zaciekawiony. I wyciagnął rękę w stronę chłopaka.
Nie!
- Cześć, jestem Zach, brat Harey. - uśmiechnął się tajemniczo.
Och, nie, jak on się przedstawił, no jak?!
Jako mój brat! Zaraz zaliczę zgon!
- Brat?! - Dan skrzywił się na to, ale zaraz się zreflektował i uścisnął wyciagniętą rękę. - A ja jestem Daniel, przyjaciel Harey. - spojrzał na mnie znów pełen pewności siebie.
No nie, jeszcze lepiej! Po prostu cudownie! Przedstawił się jako mój
przyjaciel!
Nie, nie, nie!
Naprawdę, zaraz coś sobie zrobię.
Spuściłam głowę, ale wzrok miałam wciąż podniesiony i wpatrzony w Appletona.
- Coś chcesz?! - spytałam nieuprzejmie, naburmuszona.
- Tak szedłem i pomyślałem sobie, że sie przywitam. - usiadł koło mnie, jak gdyby nigdy nic, ale tak, by widzieć Quinto. - Nie chwaliłaś się, że masz brata. - zgiął rękę i łokciem oparł się o mnie, puścił mi oczko.
Boże, co to miało być?! Zaraz coś sobie... Nie, jemu coś zaraz zrobię! Gdzie ja miałam tą cieżką książkę od matematyki...
- Bo sama dowiedziała się dopiero wczoraj. - Temu się znowuż zebrało na ziwerzenia.
Zach położył swoją rekę na moim drugim ramieniu. Poczułam się cholernie głupio, idiotycznie. Co to ma być, jakiś kabaret? Odwalić się ode mnie!
Dan mruknał coś, co nie zrozumiałam, bo właściwie nie słuchałam go za bardzo, ale na szczęście zaraz wstał.
- No, to cześć Harey. Do zobaczenia w szkole. - i posłał mi w powietrzu... Całusa!
Otworzyłam szerzej oczy. Co to miało być?! Ja się pytam co?!
Nie no, proszę, ja mam już dość na dzisiaj!
Najpierw Eden, potem ten chłopak, co się Sylara boi, a na koniec Dan!
Wstałam z ławki gwałtownie.
- Okay, ja spadam do domu. Ktoś musi jeszcze kiedyś lekcje odrobić. - stwierdziłam, wykręcając się. Serio chciałam po tym iść do domu i
odpocząć.
Zach też wstał i zaczęliśmy kierować się z powrotem na moją ulicę. Zaczęło nieznacznie kropić z nieba.
- Ciekawego masz przyjaciela. - powiedział po chwili ciszy i spojrzał na mnie.
Prychnęłam.
- Przyjaciela! Jeszcze czego?! - fuknęlam. - Nie wiem, co on sobie wyobraża, dup...
- Okay, okay! - zaśmiał się na to. - Zauważyłem właśnie, że bardzo go lubisz.
Uśmiechnął się.
Potem doszliśmy pod mój blok, pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. I na szczęście nic nas już nie zaskoczyło.
*
* *
*shake'iem - nie wiedziałam, jak to w końcu napisać, więc poszłam za radą Keiry (:*) i jest, jak jest.
** Hot in Kollywood - kawałek ze śpiewem Colemana i Quinto można zobaczyć i usłyszeć tutaj: http://youtube.com/watch?v=jgpxXc95s3g
*
* *
A tak na marginesie... Wiecie, że Zacha znak zodiaku to Bliźnięta?
A wiecie, że mój znak zodiaku to też Bliźnięta?!
mwahahah, i mam 'podnietę' xD
szczęście głupiego xD
Pozdrawiam wszystkich bez wyjątku :* :*
{.Mila.}, poniedziałek, 27 sierpnia 2007, 20:53:25
11 | komentuj,
komentowali.
WZWR V
Ano, jak widać, następna część.
W speszjalach też nowa jednoczęściówka, więc zapraszam (także nowy szablon, ale nie starałam się tak strasznie ;p).
I jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych częściach, to proszę napisać na mój nr gg: 5010103.
Za utrudnienia przepraszam ;*
Rozdział V. "Ludzie się zmieniają?" (a łyżka na to: niemożliwe! xD)
Odprężałam się właśnie siedząc na ławce pod salą języka angielskiego. Jeśli mam być szczera, to od wczoraj nie myślałam o niczym innym, prócz o Zachu. Tyle rad, co dostałam od Katie, to przez całe życie jeszcze nie usłyszałam.
Teraz jednak nie było jej ze mną, pojechała na jakieś comiesięczne badania. Takie ogólne, jej rodzice są strasznie uczuleni i mają bzika na punkcie zdrowia. Więc siedziałam sobie spokojnie, mijana przez ludzi ze szkoły, kiedy ktoś ciężko opadł na ławkę obok mnie.
Z wielkim zainteresowaniem spojrzałam na Daniela Appletona. Jego włosy powróciły do normalnego koloru i wyglądał jak zawsze.
Czyli nic szczególnego. Chcociaż lepiej tego na głos nie mówić, jeśli jakaś barbie usłyszy, że "jej Danielek" dla mnie jest "nieszczególny", zdolna mi jest jeszcze oczy wydłubać długimi tipsami, czy cokolwiek tam ma.
Na przykład pilniczek. Pilniczek to bardzo niebezpieczne urządzenie!
W każdym razie, wracając do Dana...
Siedział sobie, jak gdyby nigdy nic i przyglądał mi się uważnie.
- Coś chcesz, czy tylko lubisz zanieczyszczać powietrze w moim otoczeniu? - spytałam uprzejmym tonem i nie zwracając zbytniej uwagi na niego wyjęłam z torby okazałe jabłko i zaczęłam konsumpcję.
Chrzaknął znacząco i wydukał cicho:
- Chciałem przerosić.
Jabłko to nie był jednak dobry pomysł, bo w tym momencie zaczęłam się nim trwale krztusić.
- Chciałeś co?! - spytałam, kiedy zdołałam sie już uspokoić.
- Jezu! - wstał nieco rozjuszony. - Chciałem przeprosić Mil... Harey, ok? Pasuje?!
Teraz to ja już nie wiem, co się dzieje? Przyłazi do mnie palant zwany Danielem, przeprasza i zamiast "Milo" próbuje zwracać się do mnie po imieniu.
Zaczynam myśleć, że z moim światem coś jest nie tak.
- Ale... - Zaczęłam trochę zagubiona i zmarszczyłam brwi.
Znów ciężko opadł na ławkę obok mnie.
- No wiesz, Mil... Harey. W końcu nie ma się o co kłócić, nie? - zaczął zwierzenia pouczającym głosem. - Tak się ciągle kłócimy, ale w końcu fajna laska z ciebie, to przepraszam, nie?
W duchu zaczęłam się śmiać, dziwne, że nie wybuchłam rechotem naprawdę.
Nie do pomyślenia to wszystko!
- Appleton! Co się z tobą dzieje? To jakaś paranoja, nałykałeś się czegoś? - spytałam przezornie, nieco rozbawionym głosem.
- Jezu, Harey! Odwal się, okay? Przeprosiłem? Tak, więc jest zgoda? Czy nie?
Z braku (laku) jakiegokolwiek pomysłu pomachałam twierdząco głową.
A co mi tam, zawsze się lepiej pogodzić niż ciągle kłocić, prawda?
- Super, no to słuchaj... - Wstał znów. Kurdę, niech się on w końcu zdecyduje! - Organizuję taką imprezkę, fajnie, gdybyś wpadła. Jak coś to w sobotę, o dwudziestej. To nara.
Pomachałam trochę bezmyślnie głową, bo wciąż trawiłam to, co przed chwilą usłyszałam.
Daniel Appleton właśnie zaprosił mnie na "imprę". Do siebie.
Szok!
Bo, po pierwsze: on jest ostanią osoba, która miałaby mnie zaprosić gdziekolwiek, po drugie: ja jestem ostatnią osoba, która miałaby zjawić się na przyjęciu u niego.
O co mu w ogóle chodzi? Powinnam zacząć sie martwić? A może on...
Ha! No właśnie, on coś knuje! Chce się zemścić, zrobić mi coś na tej swojej "dżamprezie", to jest pewne!
No cóż, żeby się nie zdziwił, bo ja nie mam zamiaru się nigdzie wybrać, a już zwłaszcza do niego!
*
* *
Kiedy zanosiłam lekcje Katie, nie wiedziałam, że będę chciała ją trwale unieszkodliwić.
- Co zrobiłaś?! - prawie krzyknęłam, kiedy opowiedziała mi, co się zdarzyło, gdy była u lekarza.
- No, zgodziłam się... - popatrzyła na mnie trochę z przestrachem.
W takich momentach żałuję, że to nie Hogwart i nie mogę ją trzepnąć jakimś cruciatusem, czy czymkolwiek, serio!
Ale zacznijmy od początku...
Siedziałyśmy właśnie w jej "pluszowym" pokoju, ja na dywanie, a ona przy biurku przepisując zeszyt z angielskiego.
- Aha! - wystrzeliła nagle, obkręcając sie na krześle w moją stronę. - Mam wiadomość dla ciebie.
- Tak? - spytałam uprzejmie, choć przed chwilą serce biło mi jak oszalałe po tym jej okrzyku.
- No więc, kiedy wychodziłam już od tego starego pryka, doktora Andersona, rozdzwonił się mój telefon. Wyświetliło mi nieznay numer, ale odebrałam. Dzwoniła ta dziewczyna, hm... Jak ona miała... - zmrużyła oczy swym sposobem, gdy coś sobie przypominała, o czymś myśłała. - No nieważne, w każdym razie ten cały Daniel Appleton organizuje imprezę u siebie i, nie wyobrażasz sobie, zaprasza nawet tych półgłówków, co udają hip-hopowców, dosłownie wszystkich! Będą barbie, metalowcy, wiesz?! Nie wiem, co mu odstrzeliło, ale zaprasza wszystkich! Podobno zmienił się i chce się ze wszystkimi pogodzić i zaprzyjaźnić, uwierzysz w to?!
Moję brwi były chyba wyżej niż kiedykolwiek. No proszę, proszę.
Ten śmieszny Appleton zaprasza na imprezę wszystkich, jak leci...
Ale, chwila...!
- A ty co na to? - spytałam patrząc podejrzliwie na nią.
- Oczywiście, że się zgodziłam! - odpoweidziała szczerze, więc o żarcie nie było mowy.
- Co zrobiłaś?! - chyba ją zaraz czymś rzucę i nie będzie to mięciutka poduszka!
- No, zgodziłam się... - wydukała zdziwiona, chyba tym, że się oburzyłam.
Nie no, ona oszalała, zgodziła się iść na imprezę do jednego z naszych wrogów! Nie omieszkałam jej o tym powiadomić, bo chyba nie do końca zrozumiała, do kogo chce iść. Rzuciłam parę ciętych ripost i innych mniej miłych słówek.
- Ale o co ci chodzi?! - teraz to ona była oburzona. - Może on rzeczywiście chce się zmienić?! Może chce się pogodzić?! Nie pomyślałaś o tym?! Powiedziałam też, że pójdziesz ze mną!
- Oszalałaś kompletnie! A czy ty nie pomyślałaś, że ostanio się wygrażał, że nam odpłaci?! Może nastąpi to akurat na tej imprezie?! I dlaczego niby miał się zmieniać?! - Wstanęłam i skrzyżowałam ręce. - To Daniel Appleton, największy egoista i narcyz w naszej szkole, nie ma powodów, by się zmieniać!
Usiadłam z powrotem.
Katie popatrzyła na mnie poważnie.
- Kurdę - wydukała po chwili. - Kurdę, chyba masz rację...
- No pewnie, że mam! - odrzekłam i westchnęłam.
- I co teraz? - spytała, ale kiedy miałam odpowiedzieć, nagle zadzwonił mój telefon.
Zanim go znalazłam porzuconego pod poduszkami, zdażył się "ten ktoś" nadzwonić.
Nieznany numer. Odebrałam szybko, nie myśląc zbyt wiele.
Może to ta laska, która i do Kate dzwoniła?
- Cześć, tu Zach. - a jednak nie. I sama nie wiem, czy czasem nie wolałabym, żeby już ona dzowiniła, ta laska od imprezki Appletona.
Ajć, zupełnie zapomniałam, że miał dzwonić. Poza tym myślałam, że zrobi to za kilka dni, a nie od razu, dzień po naszym pierwszym spotkaniu.
Pokazałm na migi Katie, że to on, a ona, nie wiem dlaczego, szybko opuściła swój pokój, zostawiając mnie samą.
Zdrajczyni, ja jej dam!
- No, cześć... - odpowiedziałm po chwili.
I nastała cisza, która moim zdaniem trwała długo. A może mi się tylko wydawało?
- Słuchaj, może spotkalibyśmy się jutro? Chciałbym ci coś pokazać.
- Jasne, czemu nie. - zgodziłam się, chyba zbyt szybko.
- To... Może w tej kawiarence, co wczoraj? Eden's Cafe, czy jakoś tak... - zaproponował.
Świenie, dobry pomysł, spotkanie na moim terenie. Jest to bezpieczniejsze, prawda?
Jezu,. tak jakbym się przygotowywała do jakiejś wojny, czy cokolwiek.
Ha! Ale to całkiem dobry pomysł...!
- Tak, tak, Eden's Cafe. Okay, niech będzie tam. Lekcje kończę o 15.
- To może o 17? Ja do 16 siedzę na planie. - Ajć, bezczelność! Ja wiem o jaki plan chodzi, o plan Herosów! I on mi tak o tym spokojnie?! Jak już chce być taki braciszek, czy coś, to niech mnie tam zabierze!
O, powiem mu tym.
Kiedyś, nie teraz, oczywiście!
- Okay, to cześć. - odłączyłam się, zanim zdążył cokolwiek jeszcze dopowiedzieć.
- Skończyłam! - krzyknęłam z wyrzutem do Katie, która, oczywiście, stała pod drzwiami. - Nie musisz podsłuchiwać. I tak ci wszystko powiem. - wystawiłam jej język, a ona uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
*
* *
Na drugi dzień, w szkole okazało się, że ten cały Daniel Appleton rzeczywiście zwariował. Katie uważa, że mu się w głowie odwróciło na miłość do wszystkich, no, ale bez przesady! Na tą swoją "super-imprezkę" zaprosił dosłownie wszystkich!
Rozesłał po szkole durne ulotki, na których wypisał, ni mniej ni więcej, że zaprasza wszystkich chętnych, w sobotę, na dwudziestą, do swojego domu.
A propo domu. To nie dom, to willa, to zamek! Jego rodzice maja tyle kasy, że mogliby obdzielić nią połowę ubogich z obydwu Ameryk.
No dobra, może i trochę przesadzam. W każdym razie dom ma taki, że z miejscem nie będzie problemu. Ale problem jest w tym, że on zaprasza wszystkich, czyli właściwie swoich wrogów.
Bo Daniel Appleton to taki typ człowieka, że jeśli nie odpowiadasz jego standardom, to odpadasz na całej lini.
Czyli musisz być albo wysportowanym, kochającym "imprezki" chłopakiem, lub anorektyczną barbie kochającą zakupy i także "imprezki".
A nie dość, że z zaproszenia wynika, że może przyjść kto sobie chce, to on jeszcze osobiście chodzi do niektórych i zaprasza.
Chodzi do kujnów, których kocha gnębić i do całej reszty Tych-Których-Kocha-Gnębić.
Coś definitywnie jest nie tak!
I czy tylko ja tak uważam? Nie no, znalazło się parę delikwentów, którzy podzielają moje zdanie, ale większość się na to złapała.
Najgorsze jest jednak to, że Katie także uwierzyła, że on mógł się zmienić. W ogóle większość szkoły uwierzyła, nawet nauczyciele.
Niektórzy nawet twierdzą, że to bedzie przełom, że to połączy wszystkich i wszyscy zaczną się lubić.
Jaaasne, już to widzę!
W każdym razie Katie prawie że zmusiła mnie do tego, aby tam pójść. Ona tam
bardzo chciała iść. Więc co mi pozostało? Najpewniej i tak poszłaby ze mną, czy beze mnie, więc wolę być przy niej, nie wiadomo co tam się może (szatanistycznego) dziać!
No dobra, palenie dziewic na stosie wykluczam, ale
coś może się stać.
A jak Harey Milo ma przeczucie, no to coś musi się wydarzyć...
Na przerwie po trzeciej lekcji (nie nawidzę, nie cierpię francuskiego! Tfu!) dorwałam, a raczej zauważyłam Appletona pod szafkami uczniów. Stał sobie tam, z tymi wszystkimi wielbicielkami, ale co tam. Muszę spytać, co on knuje, bo na pewno coś takiego jest!
Katie próbowała mnie powstrzymać, ale i tak do niego podeszłam.
Stał oparty o swoją szafke tyłem do mie, obrócił się, kiedy jedna z tych lady-barbie zwróciła mu uwagę.
Spojrzał na mnie z góry (był o głowę wyższy) i wyszczerzył się zawadiacko.
Ja mu, kurdę, dam!
- Siemasz, Appleton. - Boże, co to za durne słowo. Siemasz, siemka, kto to w ogóle wymyślił?! No nieważne - trzeba stwarzać pozory wyluzowanej nastolatki.
- O, cześć Harey! Co tam? - spytał tonem pogadanki o pogodzie.
- U mnie bardzo dobrze, ale martwię sie o ciebie. - zrobiłam ironiczno-zmartwioną minkę. No, przynajmniej mam nadzieje, że taką zrobiłam.
Zresztą nieważne.
- O mnie? - jego brwi powędrowały w górę. - Ale u mnie wszystko okay.
- No, nie wiem. - Spojrzałam przez jego ramię, barbie z niezadowolonymi minami szeptały coś między sobą. - O co chodzi z tą imprezą, co? - spytałam prosto z mostu.
- Ale co ma z nią być? Impreza jak impreza. Mam nadzieję, że przyjdziesz. - ostatnie zdanie puściłam mimo uszu. Na jego szczęście.
- Jasne, jasne. Dan, może inni są naiwni, ale nie ja. Ja po prostu wiem, że ty coś knujesz. Niemożliwe, że zapraszasz nawet tych, których gnębiłeś, gnębisz i masz, zapewne, zamiar gnębić. Więc?
Westchnął teatralnie i przewrócił oczami. Wyciągnął rękę z kieszeni i zawiesił ją na moim ramieniu.
Cholera, bierz to łapsko, tfu!
- Słuchaj,
Harey. - dziwnie podkreślił moje imię. - Ludzie się zmieniają, ja też mam prawo do drugiej szansy, i takie tam... - powiedział śmiertelnie poważnym głosem. - Chcę.... Poprawić swoje błędy, wiesz? Chcę, serio! - dodał widząc mój wzrok.
- Phi! - prychnęłam. I tak mu nie wierzę, serio, pomimo, że wyglądał naprawdę tak, jakby miał zamiar od dzisiaj zbawiać świat i tym podobne, ale ja nie rozumiem, jak można się tak zmienić? Po prostu nie można i już!
Zrzuciłam jego rękę z mojego ramienia i odwróciłam się na pięcie.
Ja naprawdę czuję, że coś jest nie tak!
Ale co mi tam, pójdę, w końcu Katie tak bardzo chce. A poza tym i tak ciekawi mnie, co się tam wydarzy, czy przyjdą jego wrogowie?
I co on w końcu knuje?!
*
* *
I proszę nie zrzędzić teraz, że mało o Zachu i takie tam, ale tak teraz będzie, bo to opowiadanie nie zajmuje się tylko kontaktami Harey-Zach.
(ale coś - niecoś zawsze będzie o tym wspominane :P xD)
Ave! :*
{.Mila.}, poniedziałek, 20 sierpnia 2007, 17:24:00
10 | komentuj,
komentowali.
WZWR IV
(po Waszej prawej linki do bohaterów (ich wyglądu))
Okay, miało być trochę później, ale wzięłam się za siebie i za tą część, więc dodaję już teraz.
Rozdział IV. "Pierwsze lody przełamane"
Ubrana w czarny płaszcz i jesienne buty, jakbym się wybierała niewiadomo gdzie, przeszłam przez ulicę na druga stronę, gdzie naprzeciwko mego domu mieściła sie kawiarenka "Eden's cafe".
Weszłam, odezwał się mały dzwoneczek umieszczony nad drzwiami wejściowymi.
- Czesć, Harey! - krzyknęła uradowana Eden, jedna z kelnerek, córka właściciela. Dzięki niej kawiarenka nazywa się tak, jak się nazywa. James Wilson - właściciel, wybudował to miejsce, kiedy właśnie Eden się urodziła, jego pierwsza córka, więc na jej cześć nazwał tak to miejsce.
Słodkie, prawda?
Odpowiedziałam na jej powitanie i rozejrzałam się.
Zach siedział po mojej prawej stronie, przy ostatnim stoliku i wpatrywał się we mnie trochę niepewnie.
Ojć!
Podeszłam do jego stolika i popatrzyłam na niego z góry, zastanawiając się, czy coś powiedzieć.
On wstał, w tm momencie ja usiadałm, on z powrotem też. Komiczne, co za manewry.
Podeszła Eden, z wiecznie trwałym na jej twarzy uśmiechem.
- To, co zawsze, Harey? - spytała zwracając się do mnie, Zach pił już kawę.
- Jasne. - odpowiedziałam, także uśmiechając się, ale jak odeszła przestałam udawać dobry humor.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, patrzyłam wszędzie, byle nie na niego, ze spuszczoną głową i rękami złożonymi na kolanach, jak do modlitwy.
Westchnęłam.
- Cześć, Harey. - powiedział nader lekkim tonem i wyciagnął przez stolik rękę.
Podniosłam nieco zaskoczony wzrok i trochę niepewnie uścisnęłam dłoń.
- Cześć. - odpowiedziałam, a raczej wydukałam po chwili.
"Pierwsze lody" przełamane, tak jakby...
Przypomniała mi się scena z Heroesów, podczas której Sylar rozcinał mózg jednej z cheerleaderek. Uśmiechnęłam się (nie wiem dlaczego!), ale zaraz spuściłam głowę.
- Czemu sie uśmiechasz? - spytał ot tak sobie, lekkim tonem i sam się wyszczerzył.
Potarłam nos ze zdenerwowania.
- A nic, przypomniało mi się coś... - odpowiedziałam przyciszonym głosem.
Jakie to wszystko dziwne, a zwłaszcza to, że gadam (no, powiedzmy, że gadam) sobie teraz z nim, ot tak.
Eden przyniosła mi shake, zimnego, ze stwierdzeniem:
- Rozchrujesz się, zobaczysz. - powiedziała to takim tonem, że myśłałam, że rzuca na mnie wyrok i rzeczywiście zaraz dostanę przeziębienia, a potem umrę.
- Podać coś jeszcze? - spytała, ale obydwoje pokiwaliśmy przecząco głowami, więc odeszła.
- Znacie się? - spytał luźno, jak gdyby nigdy nic.
- Aha, znam ją od dziecka. - ja wciąż przygaszonym głosem się odzywałam, choć wydawało mi się, jakbyśmy rozmawiali już po raz tysięczny z kolei, a nie pierwszy raz.
Och, i nie zapominajmy, że, co jak co, ale to Sylar, właściwie.
Westchnął i wydawało mi się, że teraz nastąpi "trudna" rozmowa.
I nie myliłam się.
- Wiesz... - zaczął, przerwał na dłuższą chwilę i zaczął znowu:
- Wiesz, szukałem cię rok. Mój..I twój ojciec umarł właśnie rok temu, był chory na białaczkę. Trzy dni przed śmiercią wyjawił mi swoją tajemnicę, czyli ciebie, opowiedział, jak to się dowiedział, że się urodzisz i postanowił nigdy nikomu o tym nie wspominać. I pomimo jego choroby byłem wściekły, że nie powiedział mi tego wcześniej. Potem postanowiłem, że cie odnajdę.
- I jestem. - zakończył i dużym łykiem napił się kawy.
Gapiłam się na niego, jak w malowane wrota.
Trochę mi to wszystko jakoś rozjaśniło mętlik w głowie. Moj ojciec zapewne miał rodzinę i taki "mały romansik" z moją mamą to była jednorazowa przygoda, więc nie miał zamiaru się kiedykolwiek do mnie przyznać.
Kochany, cholerny tatuś! I wcale mi nie żal, że umarł, w ogóle, dlaczego miałoby mi być przykro?! Nie chciał mnie, to ja też już go nie chcę!
Zresztą, teraz to już większego wyboru nie mam...
I pomyśleć, że to jego syn, a nie on chciał mnie odszukać!
Zastanawiałam się, co mu powiedzieć.
- Cieszę się. - sama chyba nie uwierzyłam, że to mówię. - Że mnie odnalazłeś. - zaczęłam nerwowo kręcić kciukami młynka.
Jezu, zachowuję się nienormalnie dziś, naprawdę, sama zaczynam się o siebie martwić.
Ale moje słowa chyba były dla niego ulgą, bo jakoś tak bardziej się wyluzowała i uśmiechnął.
- Jezu, ja też się cieszę! - wyznał jednym tchem.
Zaczęliśmy pić swoje "specyfiki", a po chwili rzekł:
- Chcesz o coś zapytać? - popatrzył z nadzieją, może chciał usłyszeć jakieś konkretne pytanie.
Zastanowiłam się.
To, co wpadło mi do głowy było głupie jak cholera, ale co tam.
- Zapytać, nie... Ale... E... Uwielbiam Herosów! - wypaliłam i wyszczerzyłam się.
Przez chwilę wydawał się zbity z tropu.
- No, proszę... - zmrużył śmiesznie oczy i zrobił trochę złośliwą minę.
- A twój ulubiony bohater, to...?
I kiedy miałam się wyrwać do bardzo szczerej odpowiedzi, on podniósł rękę, żebym nic nie mówiła.
- Czekaj, niech zgadnę... - zrobił minę, jakby mocno nad czymś myślał i spokojnie rzekł:
- Peter Petrelli.
Zaprzeczyłam z tryumfem na twarzy.
- Nie? - nie był jednak zdziwiony. - To pewnie Hiro Nakamura.
- Znów nie. - byłam w coraz lepszym humorze.
Rozmawiać z nim o tym!
- Hej, hej, z tego, co wiem, oni wygrywają w sondażach. To może Claire? Suresh? Niki? Nie?! - zgadywał, a ja po każdym z wymienionych kiwałam przecząco głową.
Ciekawe, czy się zdziwi, jak mu powiem.
Spojrzał na mnie podejrzliwie, ja uśmiechnęłam się promiennie.
- Oczywiście, że moją najbardziej ulubioną postacią w Heroesach jest Sylar! - rzekłam takim tonem, jakby to była najbradziej oczywista rzecz na świecie.
"Mamy takie swoje skrzywienia" - jakby powiedziała Kate.
- I wcale się nie zgrywam ani podlizuję, czy coś! - dodałam szybko widząc jego minę.
Zaśmiał się i pomachał przecząco głową.
- Aż mnie zatkało.
Wzruszyłam ramionami i dopiłam shake'a.
- A... - zaczął, minę miał trochę zawstydzoną. - To w kuchni, u ciebie w domu, to...?
O Boże! Miałam nadzieję, że nie spyta, a jednak!
Spuściłam głowę zakłopotana.
- To... Wiesz, ja chyba tak na stres reaguję... Przyznam, że to było nieco nienormalne...
- Szczerze powiedziawszy, to spodziewałem się, że zaczniesz krzyczeć, albo zemdlejesz, albo cokolwiek... a To... Było oryginalne.
- Ach, bo ja cała jestem oryginalna i w ogóle wystrzałowa i niecodzienna. - Ojć, zaczynam swoje...
Zaśmiał się i pokiwał głową, jakby się zgadzając.
A propo Katie! Muszę się z nią spotkać, porozmawiać, opowiedzieć, wszystko!
Ciekawe, co na to powie.
- Okay... Chyba muszę już iść, wiesz... - wstałam niepewnie. Pomimo wszystko, wciąż jednak było mi głupio.
- Okay, to... Cześć... Może... Zadzwonię kiedyś i spotkamy się? Chciałbym cię lepiej poznać. - wydukał.
Uśmiechnęłam się.
- Jasne, to zadzwoń... Kiedyś. - podaliśmy sobie ręce na pożegnanie i wyszłam, uprzednio płacąc za swojego shake.
- Na razie, Eden! - rzuciłam jeszcze przy wyjściu.
*
* *
Kiedy wróciłam do domu, mama od razu wypadła z kuchni i przywitała mnie pytaniem:
- I jak?! Rozwawiałaś z nim?!
Spojrzałam na nią przeciągle i odparłam spokojnie:
- Jasne, że rozmawiałam.
Odwróciłam się do niej plecami, ściagnęłam kurtkę i buty, ona weszła do kuchni.
Po chwili i ja się tam zjawiłam.
Na stole leżał talerz z obiadem i kubek mleka. No tak, koniec końców jadłam dziś tylko śniadanie.
Usiadłam i uśmiechnęłam się do niej.
Zaczęłam jeść, ale widziałam, że siedzi jak na szpilkach i czeka, aż wszystko jej opowiem.
- Rozwawialiśmy... O różnych rzeczach. Trochę jednak mi się w głowie rozjaśniło dzięki temu. - odezwałam się, by już nie trzymać jej w niepewności.
- To znaczy?
- No więc, już mniej więcej wiem, jak to było z tobą i... Ee... Tatą. - ostatnie słowo ledwo wydukałam. Cóż sie dziwić?
- No właśnie! - wyrwała się szybko. - Wszystko Ci opowiem, wszyściutko, nic nie będę ukrywać!
Chciałam zaprzeczyć, żeby nic nie mówiła.
Całkiem niedawno chciałam, żeby mi w końcu opowiedziała historię swojego życia i mojego także, jakby nie patrzeć.
Ale teraz już chyba wszystko rozumiem i szczerze wątpię, bym chciała usłyszeć te "pikantne" szczegóły.
Zastanowiłam się nad tym. Wolę już naprawdę nie wiedzieć, na przykład jakie słowa padły z ust... Taty... Kiedy się dowiedział, że się urodzę, jak zareagował. Może wcale lepiej się z tym nie poczuję.
Na pewno się z tym lepiej nie poczuję.
- Mamo... - zaczęłam. - Nie chcę wiedzieć nic ponad to, co wiem. Po co mi to? Jest dobrze tak, jak jest.
Przyjrzała mi się uważnie, potem uśmiechnęła ciepło, zrozumiała.
- Dobrze, kochanie. Ale jeśli kiedyś będziesz chciała wiedzieć, będę gotowa, by ci powiedzieć.
Pomachałam głową z podziękowaniem i spożywałam obiad dalej.
Wstała, pokręciła się trochę przy naczyniach, wytarła szafkę, na której coś wcześniej kroiła.
Czułam, że jednak coś ją jeszcze trapi i miałam rację.
- Harey... A powiedz mi, co dalej?
- Ale jak dalej, mamuś? - spytałam, choć już domyślałam się o co jej chodzi.
- No wiesz... Z Zachiem, z bratem. Z tą rodziną...?
Odłożyła ścierkę i spojrzała na mnie wyczekująco.
Odłożyłam widelec, napiłam się mleka.
- Sama nie wiem, zadzwoni niedługo. Stwierdził, że chce mnie lepiej poznać, cokolwiek przez to rozumie.
Pomyślałam, że może jej być z tym trudno.
Możliwe jest, że boi się mnie stracić na rzecz tamtej rodziny.
Jest to oczywiście niemożliwe, z nimi nic mnie nie łączy, prócz więzi krwi, ja ich nawet nie chcę poznać, wystarczy mi znać jego.
Brata.
Ale jest moją mamą, jedyną rodziną, jaką mam i ona ma jedynie mnie, więc nie trudno się dziwić, że może czuć się..."Zagrożona".
- Mamuś, ale jak nie chcesz, to mogę mu powiedzieć, żeby spadał. - Rzekłam umilnie naiwnym głosem. Wiedziałam, że wiele dla niej to znaczy.
Podeszła do mnie, pocałowała mnie w głowę i szepnęła, że nie trzeba.
*
* *
- O... O, e... Matko! - wydawała z siebie takie oto odgłosy Katie, kiedy wszystko, co do joty, jej opowiedziałam.
Chyba była jeszcze bardziej zszokowana, niż ja.
Zaraz po obiedzie pobiegłam do niej, żeby o wszystkim "donieść".
Siedziałyśmy teraz w jej wielkim pokoju, na podłodze wyłozonej miękkim, grubym kolorowym dywanem.
Ja mam swoje schizy, Katie swoje: uwielbia, jak jest bardzo kolorowo, pełno u niej poduszeczek, misiów, kolorowych, dziecięcych obrazków na jaskrawo zielonych ścianach. I ten porządek, to nas dzieliło bardzo: miała wszystko poukładane w równej lini i odstępach, była chyba prawdziwą pedantką. Miała wszystkiego dużo, ale idelanie poustawiane to wszystko. Często, przychodząc do mnie, krzyczała ze śmiechem, że kiedyś zginę w swoim "burdelu" i "syfie", albo zgubię Hiro, czy coś w tym stylu.
No cóż, ale ja nie mam "syfu", to jest artystyczny nieład, po prostu!
Popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Zgrywasz się, Harey, serio...
- Mówię ci najprawdziwszą w świecie prawdę! - zrobiłam taką minę, aż w końcu musiała uwierzyć.
- Niewiarygodne, naprawdę!
- Wiem, wiem... Zdaję sobie z tego sprawę. Nie masz pojęcia, jak się głupio czuję myśląc o tych wszystkich rzeczach, które... Wiesz, wyobrażałam sobie o Sylarze. A teraz to mi wyskakuje.
Zaczęła się cicho śmiać, ale z dystansem.
O proszę następna, co ma dziwne reakcje.
- Ale to w kuchni... Nieziemskie! - śmiała się coraz bardziej, już wiedziałam, że próbuje sobie to wyobrazić.
Złapałam najbliższą poduszkę i trzasnęłam ją w głowę.
- Nie śmiej się, to wcale nie jest śmieszne!
- A właśnie, że tak! - zaprzeczyła i oddała mi inną poduszką.
I tak jakoś przerodziło się to wszystko w wojnę, zaczęłyśmy rzucać w siebie wszystkim (miękkim!), co było pod ręką.
Trochę się przynajmniej wyluzowałam.
*
* *
Dla wszystkich Was za miłe słowa i za wszystko ;* ;*
{.Mila.}, środa, 8 sierpnia 2007, 16:52:56
18 | komentuj,
komentowali.
WZWR: 3
(Okay, okay, to już naprawdę ostatnia wersja szablonu na tym blogu, ten zostaje na dłużej! Jest co prawda taki zwykły, najbardziej prosty jaki mogłam zrobić, ale ujdzie w tłumie. Zwłaszcza z tym JEGO seksownym spojrzeniem na zdjęciu ;) )
Mam żałobę, gdyż skończył się pierwszy sezon Hersów, a do drugiego (już 24 września 2007!) nie będę miała jako takiego dostępu (bolesny brak kablówki).
Ale i tak dodaję nastepną część, ku pocieszeniu serca xD
I bardzo dziękuję za niesamowicie miłe komentarze ;*
Rozdział III. "Poznać brata swego."
No okay, okay.
Może się źle wyraziłam.
W mojej kuchni siedział...
Człowiek, który wyglądał jak Sylar i ewidentnie jest tym, który go gra.
Kiedy zauważyłam, że zaraz się uduszę od wstrzymywania oddechu ze świstem wypuściłam powietrze. Nie mam pojęcia zielonego dlaczego, ale zachciało mi się śmiać, moje wargi lekko zadrżały (mam nadzieję, że nie widocznie!), ale powstrzymałam się.
- Harey! - mama wstała jak oparzona z tym okrzykiem na ustach i wyglądała, co najmniej, jak wystraszony ratlerek.
W tym momencie nie mogłam już wytrzymać. Na moją twarz po mału wstąpił wielki uśmiech i po sekundzie wybuchnęłam histerycznym, niekontrolowanym śmiechem.
Co ja mówię, to był rechot! Okropny rechot!
Nie wiedziałam z jakimi minami patrzą na mnie w tym momencie mama i on, ale mogłam to sobie wyobrazić.
Czy wy rozumiecie, jak strasznie głupio musiałam wyglądać, oparta o framugę drzwi i rechocząca jak niespełna rozumu?!
Kiedy to wreszcie do mnie dotarło i zdołałam się uspokoić, spojrzałam na tego-człowieka.
Stał i nie rozumiejącym wzrokiem patrzył to na mnie, to na mamę (która też była w niemałym szoku).
Już sobie wyobrażam, co sobie pomyślał.
Rozumiecie? "Spotykam" człowieka grającego Sylara i jedyne na co mnie stać, to durny rechot nienormalności.
- Harey...? - spytała niepewnie mama.
Ten mój śmiech to musiała być jakaś (dość dziwna!) reakcja na widok bohatera ulubionego serialu (na żywo, we własnej kuchni!), ale nie potrafię tego jednoznacznie i racjonalnie ocenić.
Z braku (laku) jakiegokolwiek pomysłu posunęłam się w stronę najbliższego krzesła i oklapłam na nie.
Sylar (och!) też to zrobił, mama stała nadal.
Ale na nią nie patrzyłam, przyjrzałam się uważnie jemu, on jednak uciekał wzrokiem.
No tak, co się dziwić! Pieprzona wariatka ze mnie!
Mama złapała mnie za ramię i rzekła, nader spokojnym głosem:
- Harey, poznaj Zacharego Quinta. - przerwała i też oklapła na krzesło. - Zacharego, twojego brata!
W tym momencie z kolei wydałam odgłos, który przypominał szczeknięcie psa skrzyżowane z fuknięciem rozwścieczonego kota.
Na szczęscie dość ciche, wystarczy mi takich wrażeń na dziś.
Mojego BRATA?!
Brata, brata, brata, czyli ja jestem jesgo siostrą.
Siostrą Zacharego Quinto!!!
Spojrzałam na nią uważnie, kiedy dokładnie przeanalizowałam jej wypowiedź.
A później na niego.
Kiwnął głową i uśmiechnął się nieznacznie.
- Co ty mówisz? - spytałam cicho mamę, jednak wciąż przyglądając się Zacharemu.
Zwróciłam wzrok na nią i zrobiłam minę w stylu "nie gadaj głupot, mama, to nie Mamy cię!".
Westchnęła ciężko i spuściła nieco głowę.
- Nie żartuję. - powiedziała spokojnie. - Jesteście... Hm... Od wspólnego ojca.
Dalej miałam chyba niezbyt rozumną minę, bo rzekła:
- Jego ojciec, to Twój ojciec.
- Jesteśmy rodzeństwem. - dodał Zach, potwierdzając tą... BZDURĘ!
Moim bratem, to ma być śmieszne?!
Podniosłam jedną brew do góry, a potem drugą. Odchyliłam się nieco na krześle i westchnęłam.
Kurczę, a jeśli to rzeczywiście prawda? Takie nienormalne rzeczy się zdarzają...
Mi bardzo rzadko, ale zawsze mogą mnie jeszcze dopaść.
- Ale jak to? - zdołałam tylko wydukać.
Mama znów westchnęła. Niedługo wejdzie jej to w nawyk.
- No cóż, jak powstają dzieci, chyba nie muszę ci tłumaczyć. - próbowała zażartować. Skrzywiłam się na to, więc szybko dodała:
- No cóż, byłam zakochana w jego ojcu, co ja na to mogę poradzić? Potem on mnie zostawił i zostałyśmy same.
- Niestety, mój ojciec zdołał mnie o tym wszystkim powiadomić dopiero przed swoją śmiercią. Nie żyje od roku. - powiedział lekko nasz towarzysz, jakby mówił o pogodzie.
- Ale, ale... Chwilę! - rzekłam trochę zagubiona w tym wszystkim.
Mama była zakochana w jego ojcu, ale... Ile on ma lat?!
Trzydzieści, tak, trzydzieści, kiedyś to sprawdziłam (fan wie wszystko!), czyli jego ojciec musiał być nieco straszy od mamy, więc miała romans z jakimś... Jakimś...
Dziadkiem, no!
No okay, może i nie dziadek, ale z trzydzieści lat mniej więcej musiał chyba mieć, no nie?!
Kurdę, jakieś to wszystko nienormalne, głupie jakieś!
Ale jeśli to prawda, to co?
To mam brata!
Brata?!
Tak, brata, który ma trzydziesci (czy Internet kłamie?) lat, nazywa się Zachary Quinto i gra Sylara - moją ulubioną postać w moim ulubionym serialu!
To jest jakieś...
Chore!
Nienormalne!
Niewiarygodne!
Nie wytrzymam!
I jakby na potwierdzenie własnych myśli wstałam gwałtownie, o mało nie wywalając krzesła, zrobiłam mordercza minę i wyszłam z kuchni, zostawiając ich samym sobie.
Kolejny sposób radzenia sobie z zadziwiającymi sytuacjami: zwiać.
Twórcze, prawda?
Wpadłam do swojego pokoju, trzasnęłam drzwiami i runęłam na łóżko, twarzą w poduszkę. Zaczęłam ciężko oddychać.
Takie to wszystko skomplikowane, naprawdę. Niby takie nic? Sama nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć tak naprawdę, ale, nie wiedzieć czemu, wzbudza to moją wściekłość.
Jestem cholernie, strasznie wściekła. Na mamę (mogłaś mi wcześniej powiedzieć!), na niby-tatę (jakbym cię dorwała, to...!) i na tego całego Zacharego Quinto. I na siebie, na własne, porąbane reakcje. Nie cierpię, jak się tak wszystko kręci i komplikuje! Nienawidzę takich sytuacji, kiedy nie wiesz, czy śnisz, czy to jawa, kiedy nie wiesz, co zrobić!
Odwróciłam się twarzą w sufit. Zobaczyłam plakat z Sylarem. "He want you!".
- Argh! - ryknęłam niezrozumiale, podniosłam się, podskoczyłam w górę i zerwałam go. A potem pomięłam. A potem wyprostowałam, porwałam na szczępki i rozrzuciłam w koło.
Potem znów padłam na łóżko.
Dlaczego zareagowałam tak dziwnie?
Nie powinnam się cieszyć, czy cokolwiek? Powinnam pójśc tam i pwoiedzieć "kurczę, ale fajnie, naprawdę jesteś moim bratem? Tak się cieszę!", ale jakoś nie mogę się ruszyć.
To naprawdę bardzo, bardzo trudne, kiedy po tylu latach dowiadujesz się, że masz brata.
I to jeszcze jakiego!
Właśnie, jakiego! Kiedy pomyślałam sobie o wszystkich momentach, w których oczy mi się świeciły na jego widok podczas oglądania Herosów, albo przeglądania jego zdjęć w Internecie, to aż mi się głupio robi!
Nawet nie wspominam, co ja sobie przy tym wszystkim wyobrażałam!
Że jestem jedną z aktorek, grającą w tym samym serialu i przeżywamy "gorący romans".
Albo pracuję przy serialu w roli kogoś, kto tworzy pomieszczenia, ubrania bohaterów, tylko tym razem ciągle sie kłócimy. Ale potem na końcu i tak się zakochujemy w sobie.
Jej, no, nie moja wina, że mam taki "romantyczny" charakterek!
A teraz się dowieduję, że on jest moim bratem, moja matka miała romans z jego ojcem (o ile od niej starszym!) i... i...
I sama już nie wiem, dlaczego, ale łzy pojawiły się w moich oczach...
Wiecie, takie momenty, kiedy po prostu lecą, a nie wiadomo co z tym zrobić.
Przytuliłam się do poduszki, dwa razy ktoś zapukał do mych drzwi, potem usłyszałam, że ktoś wychodzi z domu.
Napewno on.
*
* *
Okay, spowdziewał się wiele, ale takie coś... Totalnie go zaskoczyło.
Parę razy wyobrażał sobie jej reakcję, jej rodziców i w ogóle, ale to go... Trochę wyprowadziło z równowagi.
Nawet z nią nie porozmawiał, za to zaserwowano mu scenki, jakich się nie spodziewał.
Nie chciał nawet wiedzieć, dlaczego zaczęła się histerycznie smiać, a potem uciekła i już się nie pojawiła.
Wolał nawet nie tłumaczyć sobie tego tym, że doznała najzwyklejszego w świecie szoku po poznaniu brata w wieku szesnastu lat, dopiero.
Badzo chciał, żeby wyszło inaczej.
Westchnął. Wciąż jeszcze stał przed blokiem Harey i jakoś nie mógł się ruszyć. Chciał chyba zawrócić i siłą wejść do jej pokoju i wszystko opowiedzieć.
Dostrzegł małą kawiarenkę po drugiej stronie ulicy, postanowił pójść napić się kawy.
Przeszedł (jakimś cudem) przez ruchliwą ulicę (ten Nowy Jork!) i wszedł do "Eden's cafe". Była to długa kawiarenka, po przeciwnej stronie wejścia ciagnęła się lada, za którą krzątały się dwie kobiety, naprzeciwko nich ciagnęły się sznurkiem małe, czterosobowe stoliki. Zajął ostatni, na samym końcu, nie zdążył nawet dobrze usiąść, kiedy podeszła do niego młoda, energiczna kobietka.
- Witamy w Eden's cafe, czym mogę służyć? - Nachyliła się nieco nad nim i mógł się jej przyjrzeć. Lekko kręcone, rude włosy opadały na jej zaokrągloną twarz, brązowe oczy świeciły radosnym blaksiem. Była niewysoka, ubrana w jasno fioletowy uniform z plakietką z imieniem. Uśmiechała się miło i czekała na zamówienie z poręcznym notatniczkiem w ręce.
- Poproszę... Hm, kawę... - wymamrotał, ale zaraz uśmiechnął się do niej, nie wiedzieć czemu. To chyba ta atmosfera kawiarenki, miłej i przytulnej.
Dziewczyna zapisała szybko zamówinie.
- Proszę chwilę poczekać, zaraz przyniosę. - I odeszła, wciąż z promiennym uśmiechem na ustach.
Była naprawdę słodka. I ładna.
Potrząsnął głową, znów pomyślał o Harey.
Kurczę, jakie to wszystko dziwne i skomplikowane. Chyba rzeczywiście źle zrobił, mógł sobie o niej po prostu wiedzieć i tyle. Nie obarczać jeszcze jej tym wszystkim.
I dlaczego w ogóle on się tak przejmuje i dlaczego ona tak zareagowała? Przecież chodzi tylko o rodzeństwo. Nic takiego. Pestka.
Zrozumiane: poznać ojca, matkę...
Ale brat to taka zwykła rzecz.
Tak? Więc dlaczego tak bardzo mu zależało na tym, bo ją poznać?
- Jezu, przestań już o tym myśleć! - Zbeształ się na głos.
Usłyszała to akurat dziewczyna niosąca mu kawę.
- Proszę. - Położyła przed nim filiżankę i łyżeczkę oraz dosypała szybko cukru do prawie pustej cukierniczki.
- Mam nadzieję, ze będzie smakowała! - Powiedziała jeszcze i odeszła.
Zdążył przyjrzeć się plakietce z imieniem.
Eden.
Obejrzał się za zgrabną kobietą i zaczął pić kawę.
Chyba nie powinien już tak bardzo przejmować się tym wzystkim.
*
* *
Ktoś wszedł do pokoju.
Spojrzałam na mamę, jej twarz jednak nie wyrażała nic szczególnego. Podeszła spokojnie do Hiro, zajrzała do niego i skrzywiła się.
Boi się go, tak, moja matka boi się malutkiego żółwika. No cóż, taka już jest.
- Nie zje cię. - powiedziałam zgryźliwie, ale ona puściła tą uwagę mimochodem i usiadła na obrotowym krześle.
- Wiesz, skarbie... - zaczęła. No nie, teraz będzie opowiadanie historii życia, zwierzanie się, "trudne" tematy. Rzadko zwraca się do mnie "skarbie", więc łatwo mogę zrozumieć intencje.
- Wiem, że mogłam ci powiedzieć o tym, że masz rodzeństwo wcześniej. W ogóle opowiedzieć ci o tej drugiej rodzinie... I przepraszam, że tego nie zrobiłam, ale byłam strasznie zagubiona, pomyślałam... Że lepiej będzie nam bez nich, wiesz? Nie wyobrażałam sobie, że ktoś z nich zacznie cię szukać.
Boże, jak ona się wyrażała, tak jakby mówiła o jakiejś tajnej organizacji pozarządowej, conajmniej.
Usiadłam i popatrzyłam na nią uważnie. Próbowała się uśmiechnąć pocieszająco.
- To twój brat, skarbie, czy tego chcesz, czy nie... I...
- Brat?! - nie dałam jej dokończyć mówiąc podniesionym głosem. - Mamo, to jest, to jest... SYLAR!, rozumiesz? No dobra, gra Sylara, cokolwiek, on... Ma trzydzieści lat, mógłby być prędzej twoim facetem, a nie moim bratem!
Westchnęła i spuściła głowę.
Cokolwiek zrobiło mi się jej nieco żal.
- Wiem, skarbie, właśnie dzięki niemu poznałam twojego ojca... Ale to nie jest takie ważne w tej chwili, opowiem ci o tym później, a teraz...
Nie chcę później, chcę wszystko wiedzieć teraz, natychmiast! Niech tego nie odkłada, przecież to ważne, bardzo ważne!
- Teraz myślę, że powinnaś z nim porozmawiać, chociaż powiedzieć "cześć".
Oż, to on tu jeszcze jest?!
Myślałam, że sobie poszedł... A ja tak głośno o tym, że mógłby być facetem mamy...
A zresztą, co z tego?! Tak uważam i nawet jeśli to usłyszał to pech!
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Siedzi u Eden, widziałam, jak tam wchodzi. - rzekła i szybko się wycofała z pokoju.
Kurczę, może ma racje? Może jednak powinnam tam iść i z nim jakoś pogadać. Ale o czym?
Zresztą, nie tylko powinnam, chyba...
No kurde, przyznaję: chcę! Pomimo wszystko ciekawość mnie zżera...
A poza tym... No, przecież to Sylar, właściwie!
Jakbym go poznała bliżej, to, to...
Może zabrałby mnie na plan?! Poznał z Hiro, Claire, ze wszystkimi!
To by było... Cudowne, spełnienie moich aktualnych marzeń, byłabym w siódmym niebie!
No dobra, nie powinnam tak o tym myśleć, ale... Raz kozie smierć!
Idę!
*
* *
Okay, rozumiem i widzę, jak to głupio i naiwnie wygląda. Harey kocha się w Herosach, a aktor grający jedną z jej ulubionych postaci okazuje się jej bratem
No cóż... Piszę obyczajówkę, jakby nie patrzeć, więc jej bratem mógłby być każdy koleś na świecie, mogłam sobie kogoś wymyślić.
Ale wiecie...
Bo ja troszkę nakłamałam, w związku z "moim podobieństwem" do Harey. Bo różnimy się wszystkim, ale jedno mamy wspólne: obie wprost uwielbiamy Herosów , a nasz ulubiony boharter to Sylar.
Więc, proszę, nie śmiejcie się i jakoś przeżyjcie ten fakt, że akurat on jest jej bratem.
Koniecznie obejrzeć: (mwahahah)
to
i to
Ahoj! :P
{.Mila.}, sobota, 4 sierpnia 2007, 15:11:50
21 | komentuj,
komentowali.
WZWR: Część 2.
Dobre serce mam, wróciłam z Chorwacji w dobrym humorze, więc dodaję następną część.
Trzeci bohater: Zachary Quinto.
Jest on postacią żyjącą naprawdę, ma 30 lat (jesli Internet nie kłamie), jest aktorem.
Gra w serialu "Heroes' postać zwaną Sylarem (czy też Gabrielem Grayem), czarny charakter (co już wspominałam przy pierwszej części), zabijający inne postaci w celu pozyskania ich mocy.
Nie wiem, jaki jest naprawdę, nie znam jego charakteru, więc "zmyślam", zachowuję jednak fakty z jego życia (jak imiona rodziców, przyjaciół, itp.), jedynie musiałam uśmiercić jego ojca.
No cóż, chyba mi wybaczy ;)
(Zach jest na szablonie i na avatarze ;] )
Część II. - "Sylar!"
Rzuciłam torbę do szkolnej szafki, uprzednio wyciagając z niej podręcznik do matematyki, który potrzebny mi był na nastepną lekcję. Trzasnęłam drzwiczkami, bo trafiła mi się akurat "wredna" szafka. Nieźle trzeba się napocić, żeby ją otworzyć, czy zamknąć. Kiedy w końcu mi się to udało, jak z ziemi wyrósł przede mną Daniel Appleton - jeden z tych idiotów ze szkolnej drużyny koszykówki. Jest super-przystojny (mwahaha, niezły żart) i bujają się w nim wszystkie super-barbie-laski ze szkoły. No i oczywiście jest wszelako uzdolnionym uczniem, dumą dyrektora i nauczycieli.
Phi!
Na początku miałam go ominąć, ale w oczy rzuciły mi się jego włosy... Które naturalnie są blond... Ale teraz były wściekło niebieskie!
Nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Wszyscy wkoło zaczęli patrzeć na mnie, jak na nienormalną, niektórzy zaczęli się śmiać ze mnie.
A Dan?
Wyglądał jak pomidor - taki był czerwony i miał taką minę, jakby zaraz miał się na mnie rzucić i mocno "poturbować".
Ale ja po prostu nie mogłam przestać się śmiać, komicznie wyglądał! Nie miałam pojęcia, że ta farba tak trzyma...
Jak to opowiem Kate, to chyba padnie z wrażenia!
Ciężko mi było, ale jakoś zdołałam się uspokoić jako tako i przytomnie spojrzeć na chłopaka.
Nietęgą miał minę, przyznam.
- No, cześć. - powiedziałam z wielkim uśmiechem po chwili.
Definitywnie nie było mu do śmiechu.
- Słuchaj Milo. - wycedził marszcząc się komicznie. - Masz szczęście, że jesteś dziewczyną, bo inaczej to bym ci nogi z... - Nie dokończył jednak swej inteligentnej wypowiedzi.
Podniosłam jedną brew do góry i znów się uśmiechnęłam.
- Trzeba było zostawić Silvię w spokoju, co ci ten dzieciak przeszkadza? - spytałam wciąż w wyśmienitym humorze.
- Nie twój zakichany interes, Milo. - odpowiedział wciąż wnerwiony. - Znajdę sposób, by ci się odpłacić.
- Och, nie watpię. - rzekłam ironicznie i posyłając mu całusa, skierowałam się do klasy matematycznej.
Daniel na szczęście poprawił mi humor przed kartkówką, inaczej pewnie byłoby ciężko.
*
* *
Zachary dopiero się budził, kiedy rozdzwonił się telefon. Nie pomyślał wczoraj, by wyciszyć komórkę, to teraz dzwoni najgłośniej jak potrafi. Usiadł na łóżku i zaczął poszukiwania Motorolli. Znalazł ją dopiero pod masą jakichś dokumentów leżących na ziemi. Przewalił je (okazały się scenariuszem) i wyciagnął telefon, szybko otworzył klapkę i odebrał, nie patrząc, kto dzwoni. Nieco zaspanym głosem wychrypiał:
- Halo?
- Chyba cię nie obudziłem? - usłyszał wesoły głos, ale dalej nie wiedział kto to.
- Ee... Ale kto mówi?
- No jak to kto? - usłyszał oburzony głos, który za chwilę jednak się roześmiał. - A jednak cię obudziłem. Z tej strony Tom. Tom Kring, pamiętasz o moim istnieniu jeszcze?
Zach podrapał się po głowie i ziewnął potężnie.
- Nie, nie bardzo... - stwierdził, juz bardziej przytomny, na tyle, by zażartwoać. - A co pan chce?
- Aleś ty miły! Bo cię wykopię z obsady. - zagroził rozbawiony - Musisz przyjechać dziś na plan.
W tym momencie Quinto rozbudził się całkowicie.
- Że co?! - spytał. Przecież ma wolny dzień, więc dlaczego ma tam dziś iść? Nie miał wolnego od trzech miesięcy, właściwie!
- No tak, wiem, wiem... Ale przesunęły nam się daty związane z premierą tego specjalnego odcinka, więc nagrywamy dziś i jutro. - rzekł, nieco speszonym głosem Tim, ale zaraz dodał:
- Ale potem obiecuję, będzie wolne!
Zach chwilę odczekał, przemyślając sprawę. Nie, nie, to mu komplikuje sprawy, ważne sprawy.
Ale co mógł zrobić?
- Okay, stawię się. - powiedział po chwili do słuchawki.
- Super, bądź za pół godziny. To na razie! - Kring szybko zakończył rozmowę i odłączył się, bo wiedział, jaka będzie reakcja.
- OSZALAŁEŚ! - niestety tego już rozmówca Zach'a nie usłyszał.
Rzucił komórkę z powrotem na podłogę i wkurzony wstał.
Cholera, zawsze dzwonią, jak nie trzeba!
No cóż, tę ważną sprawę będzie musiał odłożyć na później.
Wszedł do łazienki celem "załatwienia tych spraw", potem obmył się i ubrał.
Cały czas myślał, ale nie o Kringu i planie, lecz o siostrze. Nawet w myślach trochę było mu głupio tak myśleć o tej dziewczynie.
Zupełnie nia ma pojęcia, jak będzie z nią rozmawiał, w ogóle o czym, ale jednak postanowił.
Choćby nie wiadomo jak długo miały trwać zdjęcia, przerwy i inne rzeczy, on o 16 idzie do jej domu.
No cóż, jakoś to będzie.
Prawda?
*
* *
- Niebieskie włosy? - spytała jeszcze raz Katie, upewniając się.
Siedziałyśmy obie w szatni obok sali gimnastycznej przygotowując się do dodatkowych lekcji tańca.
Pokiwałam głową, Katie wybuchnęła po raz kolejny głośnym śmiechem.
- Ale musiał wyglądać!
- Żebyś wiedziała! - rzekłam na to.
Katie złapała swoje długie, brązowe włosy w kolorową gumkę.
- Choć, bo się Eve znów wkurzy.
Wyszłyśmy razem na salę, gdzie już czekała reszta grupy tanecznej z choreografem, Eve, na czele.
Stanęłyśmy wszystkie, jak na zawołanie w "szachownicy", puszczono piosenkę, przy której zawsze się rozgrzewałyśmy i zaczęłyśmy pierwszy, szybki taniec.
Uwielbiałam to, idealne układy, skoki, obroty, czułam się wtedy wyśmienicie.
Wolna od jakichkolwiek problemów, spraw, moje ciało wypełniała tylko muzyka, tylko ją czułam.
Rano nie wstałam zbyt wesoła, wydawało mi się, że coś się wydarzy, coś, co bardzo popsuje mi humor.
Na razie nic takiego się nie wydarzyło, ale wiedziałam, że to coś czeka na mnie w domu.
Dlatego, gdy trening kończył się później niż zawsze - o wpół do siedemnastej, wcale nie czułam się wkurzona, jak zawsze, gdy coś się przeciagało.
Ale na razie czułam tylko muzykę i leciałam wysoko, więc nie przejmowałam sie niczym.
*
* *
- Nie mogę w to uwierzyć. - stwierdził z dziwnym akcentem Hindus, kolega Zachary'ego.
Ubierał właśnie kurtkę, siedzieli dziś na planie najdłużej z całej aktorskiej ekipy. Na szczęście już skończyli nagrywać ostatnie sceny z nowego odcinka serialu, w którym grali.
- Tak, ja też nie mogłem, jak mi to ojciec powiedział. W ogóle, wiesz... Gdyby ona jeszcze była strasza, to byłoby jakieś takie... Normalniejsze. Ale szesnastolatka?! - Zach otworzył szklane drzwi i razem wyszli na zatłoczoną ulicę Nowego Jorku.
- Właśnie, niezły kawał ci tatuś zrobił. - Sendhil zrobił ironiczną minę.
- Nawet mi nie mów!
- I ty teraz do nie idziesz?!
Jego towarzysz pokiwał głową.
- No nieźle, przyznaję. Ja bym się chyba nie odważył, serio.
- No coś ty... Skoro ją szukałem rok, to teraz nie ma odwrotu. Chyba... - spojrzał na zegarek. Wpół do szesnastej.
Zawołał taksówkę, która zaraz podjechała. Otworzył drzwi.
- No to cześć. I do jutra. - zwrócił się do kolegi.
- No, na razie. I trzymaj sie, stary. Jakoś przeżyjesz. - Sendhil klepnął go w plecy i uśmiechnął się pocieszająco.
Zach wsiadł do taksówki, podał kierowcy adres. Na szczęście nie musiał prowadzić idiotycznych z nim rozmów, nie cierpiał właśnie takich taksówkarzy - skorych do zwierzeń.
Odchyliuł głowę w tył i westchnął.
Jednak wzięły go watpliwości.
Właściwie po co on ją odszukał? Tylko po to, żeby wiedzieć? Więc po co do niej jedzie?
Mógł pomyśleć, może nie powinien rozwalać jej życia, może jej jest lepiej bez tej wiedzy.
Właściwie o czym z nią będzie gadać, opowie jej histrię swojego życia czy co?
A jej rodzice, przecież oni też istnieją!
Sam już nie wiedział, czy postąpił dobrze, jeszcze może kazać zawrócić kierowcy.
Ale jedank chciał ją poznać, pomimo, że na dobre to może nie wyjść.
I tak, pół gdziny póżniej (cholerne korki!) stanął przed wysokim blokiem mieszkalnym na Mulberry Street.
*
* *
Wchodziłam po schodach nieco zmęczona. W końcu dwie godziny ciągłego tańca to nie przelewki, jakikolwiek przyjemny on miałby być. Katie była tak zmachana, że postanowiłyśmy (znów) odłożyć pracę na biologię na kiedy indziej. Na szczęście mamy na to całe dwa tygodnie.
Weszłam do mieszkania, ściagnęłam długi, czarny płaszcz, powiesiłam go na wieszaku, a kiedy ściągałam buty, zauważyłam coś.
Tym czymś były męskie buty i męska kurtka.
Czyżby jakiś kolega mamy? Ale zawsze, kiedy kogoś zaprasza, mówi mi o tym wcześniej.
Właściwie nie wiem, dlaczego, przecież jest dorosła, jest moja matką, opłaca mieszkanie, więc ma prawo spraszać sobie kogo i kiedy tylko chce.
Ale jest strasznie miłą mamusią, więc uprzedza mnie zawsze. Już się do tego przyzwyczaiłam i uważam to za coś normalnego, więc to mnie zdziwiło.
Chyba, że to gość, który mamy nie uprzedził, że przyjdzie.
Z kuchni dobiegły mnie przyciszone głosy, mama rozmawiała z jakimś facetem.
Ha, może w końcu sobie kogoś znalazła?
To by było cudowne, już dawno jej mówiłam, że powinna kogoś poderwać!
No nieważne, trzeba sprawdzić któż to nas nawiedził.
Rzuciłam torbę na szafkę do butów i skierowałam się do kuchni. Drzwi były lekko przymknięte, co mogłoby wskazywać na to, że ktoś chciał, żeby nie wchodzić.
Ale co tam, wchodzę!
Uchyliłam je szerzej.
- Cześć, mamuś, już jest...
Zatkało mnie, kiedy dostrzegłam osoby znajdujące się w pomieszczeniu.
Mama siedziała przy stole, a obok niej... ON...
Okay, spokojnie Harey, odddychaj miarowo.
Szok, szok, szok - mój stan w tej chwili opisany w trzech słowach.
ON wstał po mału i chyba tak samo zszokowany (tak wyglądał, choć nie wiem dlaczego) popatrzył na mnie.
Wiecie, to chyba rzeczywiście choroba, ten mój fanatyzm na temat Heroesów, bo żeby we własnym domu widzieć...
Trwało to chyba sekundę (a jakby całą wieczność!) zanim zdążyłam się odblokować.
ON usiadł z powrotem.
W mojej kuchni siedział...
Sylar!
*
* *
Pozdrawiam, ave!
{.Mila.}, niedziela, 29 lipica 2007, 14:54:08
9 | komentuj,
komentowali.
Wszystko zostaje w rodzinie!
Lubię sobie czasem coś "naskrobać", a teraz postanowiłam, że z jednym z pomysłów wyjdę "na światło dzienne".
I oto jest!
A więc chwilowo zawieszam pisanie o mnie, na rzecz opowiadania.
Opowiadanie piszę w pierwszosobówce z "przeskokami" do wszechwiedzącej trzecioosobówki. Nie wiem, czy wyjdzie to na dobre, ale chcę takiego pomieszania spróbować.
Od razu zaznaczam, że główna bohaterka to nie ja, nie wygląda jak ja, mamy zgoła inne charaktery, ubodobania, itd.
Nie jest moim marzeniem być nią, więc nie insynuujcie niczego.
No dobrze, teraz coś o bohaterach i innych "sprawunkach"
Nie będzie opisów charakterów, życiorysów, itp., gdyż o tym wszystkim dowiecie się czytając, jedynie tylko kilka ważnych informacji.
Jednak niektóre sprawy trzeba wyjaśnić od razu.
Otóż, opowiadanie będzie niejako związne z serialem Heroes, więc co nieco trzeba wytłumaczyć tym, którzy serialu nie znają.
Opowiada on o ludziach, którzy odkrywają w sobie nadzwyczajne zdolności, jak np. teleportacja w czasoprzestrzeni (Hiro Nakamura), szybka regeneracja (Claire Bennet), czyszczenie pamięci dotykiem rąk (niejaki Haitańczyk), latanie (Nathan Petrelli), przewidywanie przeszłości (Isaack Mendez) oraz wiele innych. Jest też Sylar (naprawdę Gabriel Gray - Sylar to "ksywka") - "ciemna" postać, która zabija innych "herosów" w celu pozyskania ich mocy.
Tyle Wam wystarczy.
Nie spodziewajcie się, że opo będzie o kimś, kto też odkrywa w sobie moce...
A oto i główni bohaterowie (o trzecim napiszę przy nastepnej części)(klikać na imiona!):
Harey Milo
16 lat, nie zna swjego ojca, mieszka tylko z mamą w Nowym Jorku, wielka fanka Heroesów i żółwi, przyjaźni się z Katei Mitletton.
Anna Milo
32 lata, samotna matka, Harey urodziła, gdy miała 16 lat, wtedy też zostawił ją ojciec jej dziecka. Pracuje w firmie zajmującej się wykupywaniem i licytowaniem antyków.
Nie mam talentu, więc przepraszam, jeśli Anna wygląda bardziej jak rówieśniczka Harey, niż jej mama...
A oto w końcu pierwsza część opowiadania:
"Wszystko zostaje w rodzinie"
Część I. - "He want you"
Opadłam ciężko na duży zielony fotel, mieszczący się obok mojego, zawalonego czym-się-tylko-da, biurka. Moja przyjaciółka, Katie, usiadła spokojnie na miękkim łóżku, jakby dwie godziny przewalania piłek do koszykówki, piłki nożnej, rugby i układania tysięcy chyba nagród dla drużyn z naszej szkoły było niczym!
Zawsze się musimy w coś wpakować, ale żeby kazać nam to robić pięć razy przez dwie godziny?!
No dobra, może i wylanie niebieskiej, dość trwałej farby na paru chłopkaów z drużyny nie było normalnym pomysłem, ale... Mogli się nie czepiać biednej Sylvii z pierwszej klasy, która nijak nie potrafi się bronić przed tymi gburami. Och, jak ja ich nie lubię! Napakowane półgłowki! Phi.
No dobra, mogłyśmy ich wkurzyć innym sposobem.
No cóż, ale ta farba tak korciła...
W każdym razie, jestem wykończona! A Katie wygląda, jakby robiła to codziennie.
- Nie wzdychaj tak, nie umierasz jeszcze... - powiedziała wesoło, rzucając swoją torbę na podłogę, wcześniej wyciągając z niej podręcznik do biologii. Skąd w niej tyle sił i entuzjazmu po tym wszystkim?
- Tak? Ależ popatrz! - rzekłam dramatycznym głosem, wyciagając ręce przed siebie. - Czuję się, jakby miały zaraz odpaść i rozlać się na podłodze!
- Rozlać? - zmrużyła oczy. - Znów aluzje do tego durnego serialu?
- Po pierwsze! - zakrzyknęłam wstając. - to.nie.jest.durny.serial! - specjalnie robiłam znaczące przerwy między każdym słowem, aby wbić jej do główki tą prawdę objawioną.
- Po drugie, Harey Milo nie używa aluzji.
I znów opadłam na fotel, nie mając już nawet siły na obicie jej za stwierdzenie, iż mój serial jest durny.
- Robisz aluzje, do tego bohatera, który umie rozlewać rzeczy, a poza...
- Sylar. - przerwałam jej spokojnym, uczonym głosem.
- Co? - nie zrozumiała. Ale zaraz potem zrobiła minę w stylu "o nie, znów mi zacznie gadać o wyniosłości bohatarów, o tym kim są, co robią i co lubią jeść na podwieczorek".
I miała rację, każdy moment jest dobry do głoszenia moich "prawd objawionych" na temat "Herosów".
- Sylar porafi rozlewać rzeczy od momentu, kiedy zabił jakiegoś tam gostka, rozcinając mu głowę i przejmując jego moce.
Czy to nie przypadkiem jakieś moje skrzywienie? Może powinnam to leczyć, podobno to zalatuje na fanatyzm.
No ale co ja mam poradzić, ze akurat na ten temat mam takiego bzika?
No nic, prawda?
- Okay, okay. - Katie podniosła ręce, by pokazać, że się poddaje i nie chce już słuchać więcej o tym. - Zacznijmy lepiej robić to zadanie z bioli.
Odchyliłam głowę do tyłu i znów ciężko westchnęłam. No tak, to cholerne zadanie.
- No, dobra, tylko nakarmię Hiro.
Moje kolejne skrzywienie. Nazwać żółwia, którego uwielbiam imieniem jednego z bohaterów serialu, którego też uwielbiam.
Czy ja czasem nie przesadzam?
Może i tak.
Katie zajęła się wyciąganiem zeszytów i książek z mojej torby, a ja podeszłam do niewielkiego akwiarium, z którego wychylał główkę mały żółwik.
- Mój ty. - zrobiłam "dziubek" do niego i posłałam niewidocznego całusa, sypiąc mu jedzienie.
Pokiwał bezmyślnie malutką główką i zajął się spożywaniem.
Kiedy usiadłam koło Katie, by omówić wypracowanie na temat "Opisz jeden z gatunków wymierających zwierząt", do pokoju wpadła mama.
Była jeszcze w długim płaszczu, jej długie czarne włosy były nieco rozwiane.
- Cześć Harey, witaj Katie. - przywitała się i uśmiechnęła promiennie. - Właśnie wróciłam z pracy. O, uczycie się.
- Cześć mamuś.
- Zrobię ciasteczek. - rzekła, zanim zdążyłam cokolwiek jeszcze dopowiedzieć i wycofała się z pokoju.
Taka moja mama kochana, zapracowana, zakręcona, ale żeby zrobić ciasteczka - na to zawsze ma czas.
Uśmiechnęłam się do Kate i zaczęłyśmy w końcu omawiać to głupie zadanie.
Po pół godziny miałyśmy jedynie pomysł i rozpoczęcie wypracowania.
Kurczę, to trudniejsze niż myślałam. Nasza biologiczka była naprawdę wymagająca i znalezienie wymierającego gatunku dla niej było czasochłonne. Musi być przecież totalnie wyjątkowe i niespotykane, nie powielające schematów.
- Muszę lecieć już. - Katie spojrzała na zegarek.
- Co, już? - zawsze siedziała u mnie po diwe, trzy godziny, a teraz musi już iść.
- No, tak. Mamy mały remont i muszę pomóc tacie. Kiedy indziej posiedzimy nad tym dłużej.
Piętnaście minut później już jej nie było. Zwaliłam książki i zeszyty na podłogę i rozłożyłam się na łózku.
Spojrzałam w górę, tuż nade mną, na suficie wisiał mój ulubiony plakat.
Widniał na nim bohater "Herosów" - Sylar, z wiele znaczącym napisem "Sylar wants you! Well your brain at least..."*
Uśmiechnęłam się, być może rzeczywiście jestem fanatyczką, ale co ja mogę...
Dotknęłam palcem malutką, srebrna kuleczkę, mieszczącą się tuż pod moimi ustami, po lewej.
Jak ja długo musiałam prosić mamę, by pozwoliła mi przekłuć się!
Ale mam bardzo kochaną i wyrozumiałą mamę, więc pozwoliła mi w końcu.
- Ciasteczka! - wpadła do pokoju, trzymając talerz i uśmiechając się radośnie.
*
* *
Była 19:00 a on dopiero wracał z teatru.
Był nieco rozdrażniony, ale w większości opadał z sił, więc nawet nie chciało mu się krzyczeć na jakiegos gówniarza, który właśnie zajechał mu drogię rowerem.
Cmoknął tylko z zaniedowolenia i wszedł szybko do kamienicy, w której mieszkał.
Wbiegł po schodach na czwarte piętro (dlaczego jeszcze nie naprawili windy?, pomyślał) i skierował się do mieszkania nr. 15.
Na granatowej, starej wycieraczce leżała duża szara koperta.
Ciekawe, co znów za cholerstwo.
Nie miał za bardzo jak jej podnieść, w jednej ręce trzymał spore podło i pęk kluczy, w drugiej pokaźny plik jakichś dokumentów i papierową torbę z zakupami. Jakimś cudem udało mu się otworzyć drzwi, po czym kopnął kopertę, tak, że wleciała do mieszkania. Zamknął za sobą drzwi kopnięciem, rzucił wszystko co miał w rękach na małą szafeczkę stojącą obok drzwi pod wieszakami i podniósł kopertę. Byłą duża i czuł na rękach jej ciężar, więc było w niej dużo.
Wstrzymał na chwilę oddech, czyżby to było to?
Czekał na to tak długo, rok, calutkie 12 miesięcy! Żeby tylko to było to, o czym myśli, ma już w końcu dość rozczarowań.
Nie miał pojęcia, że poszukiwanie własnej rodziny mo ze tyle zająć. I kiedy si e na to pisał, nie wiedział jeszcze, jakie to dla niego ważne.
Kiedy po raz trzeci wynajęty detektyw powiedział mu, że ta, którą odnalazł to jednak nie jego siostra, myślał, że rzuci to wszystko w cholerę.
Czekał, bardzo czekał na to, by ją wreszcie poznać. To takie dziwne, nigdy nie pomyślałby, że to będzie takie ważne, w końcu właściwie jej nie zna, a czego się nie zna - za tym się nie tęksni.
A jednak, bardzo chciałby wiedzieć, kto to.
Sam się dziwił, ale ręce mu się trochę trzęsły, kiedy rozrywał kopertę.
No okay, nie trochę... Trzęsły mu się tak, że gdy gwałtownie rozerwał szary pakunek, wszystko wyleciało na podłogę.
Rzucił się na to, jak nienormalny, zmiótł z ziemi i zaczął nerowo przeglądać.
Było wiele notatek od detektywa Jack'a Tenesee'ego, karty szpitalne, akt urodzenia, chrztu...
I zdjęcie.
Jakieś takie pomięte, trochę naderwane w jednym z rogów.
Widniała na nim twarz nastolatki o krótkich, jasnych włosach, dużych szarych oczach, jasnej cerze i nieco piegowatych policzkach, uśmiechniętej od ucha do ucha.
Zach nie wiedział, czy ma się cieszyć, czy co robić...
Trochę go to wszystko wyprowadziło z równowagi, jaką sobie zawsze narzucał.
Czy była do niego podobna? Nie potrafił tego stwierdzić jednoznacznie, ale chyba nie.
Inne oczy, inna karnacja, rysy twarzy.
Ale przecież to nieważne. Przejrzał jeszcze raz wszystkie dokumenty, teraz nieco spokojniej.
Ciągle stojąc w przedpokoju, ubrany w brązową kurtkę, której jeszcze nie zdjął przeczytal wszystkie notatki od Jack'a dośc uważnie.
Wskazywały jedno: tym razem nie ma żadnej pomyłki, to jest jego siostra!
Wyciągnął kartkę z jej adresem.
Jednak sie uśmiechnął, niepewnie, ale jednak.
*
* *
* "Sylar wants you! Well your brain at least..." - tłum. "Sylar chce ciebie! Właściwie to chce twojego mózgu..."
(związane jest to z tym, że Sylar "zabiera" mózgi swoich ofiar, żeby pozyskać ich moce).
Okay, tyle na początek...
Mam nadzieję, że nie odrzuci Was od razu...
Pozdrawiam!
{.Mila.}, poniedziałek, 16 lipica 2007, 15:09:47
5 | komentuj,
komentowali.
Grupa Operacyjna - III Wojna światowa.
Dwa podstawowe pytania.
"Cześć. Ile masz lat? Masz fotkę?"
To takie banalne, wiecie, trochę mnie jednak to już śmieszy.
Po odpowiedzi "nie" na ostatnie pytanie, najczęściej stwierdzają, że "muszą już lecieć".
Szkoda, że gadu gadu nie ma czegoś w stylu "nr zastrzeżony", miałabym wtedy spokój z tymi dziećmi.
Hej, wcale nie uważam się za kogoś starszego od wszystkich i mądrzejszego, ale to już się robi trochę nudne... Nie da się z nikim pogadać, raczej nie poznam kogoś interesującego, bo jakoś nikt nie wyskakuje z innymi pytaniami.
Otsz. Przepraszam, zdarzyło sie raz, jakieś 5 miesięcy temu.
"Czeeeeeeeść :-)
Lubie budyń, a Ty?"
Uśmiałam się wtedy, ale koleżeństwo przez Internet dotrwało do dziś.
Tylko dlatego, że tego kogoś nie obchodziło, jak wyglądam, ile mam lat i czy "lubię imreski" (pisownia oryginalna z jedenej z takich 'rozmów').
Ale ciekawe jest to, że te dwa podstawowe pytania to sundrom chyba tylko Polaków.
Mam profil na BearShare, a że to dziadostwo międzynarodowe jest, to czasem ktoś zza granicy pisze.
Z Brytyjczykami (najwięcej ich pisze) to się rozmawia po prostu na luzie. Bez żadnych ogródek, nie interesuje ich mój wiek, ani to, jak wyglądam, są z rozbiegu mili i otwarci.
(ale być może ja tylko szczęściem na nich trafiłam, może są i tacy delikwenci, jak u nas...)
Dlaczego każdą rozmowę tak zaczynają niektórzy? Czy wiek i wygląd mówią o mnie więcej niż to, co mogę jeszcze napisać?
Jeśli tak, to odpadam dla:
-starszych niż 16 lat (za 'gówniarska' jestem)
-i dla całej reszty (bo wygląd nie taki, jak powinien być)
Ojej, to straszne!
{.Mila.}, wtorek, 19 czerwca 2007, 17:04:52
2 | komentuj,
komentowali.
Royksopp - Eple
(wciąż mam bzika na punkcie Royksopp)
Naszło mnie na notkę, a poza tym zaraz mnie zawieszą za brak nowych...
Ale i tak nie mam nic interesującego do napisania...
Więc dziś kącik humoru.
Patrzcie, co ludzie (i nie tylko...) wpisują w google:
- czytam to co wpisujecie i mam straszny polew :D - ja też, ja też!
- nie bij nas - no doooobra, przestanę...
- d - mam rozumieć, że chodziło o TO słowo?
- ala ma kota - a kot ma alę i nikt o tym nie wie, ale... MaRysia!!
- odgłosy śmiechu - u mnie słychać bardzo głośne odgłosy śmiechu, jak widzę, co wpisałaś/eś.
- gumiaki szwagra - nie wiesz, gdzie szwagier schował gumiaki? Spytaj wyszukiwarkę!
- debilizm stosowany - wolę nie wiedziec ni o tym niestosowanym...
- test na inteligencję - no, niektórym by się przydał
- ogłoszenia parafialne - co niedzielę, w Kościele, wyszukiwarce daj odpocząć
- Matrix 4 - o! ktoś odkrył, że bracia Wachowscy ukryli głęboko w domu czwartą część! Wiedziałam, że to zrobili!!
- anna kurnikoWa - w sensie, że z kurnika?
- Lepper - oj, mamy jakiegoś masochistę
- kurde zajebista strona - no, kurdę! prawda!
- uratuj premiera - lepiej nie...
- www.wolaz.prv.pl - nie łatwiej było wpisać w pasek adresowy?
- PanAdolf - niech to nie będzie TEN Adolf...
- wr - jak powarczysz na wyszukiwarkę to i tak więcej nie znajdzie!
- siema! ale fajna "wyszukiwarka" :) - prawda?! Na pewno jest jej bardzo miło teraz!
- CHUJ WAM W DUPE - i nawzajem! (pewnie się wyszukiwarka nie zachowała i nic nie znalazła!
- tost - proponuję go szukać w tosterze, a nie u wyszukiwarki
- yo - siema! - odpowiedziała wyszukiwarka
- kocham anie g-ą z bytomia - ale, wyszukiwarko, nie mów nikomu!
- kaszanka - proponuję zajrzeć do mięsnego za rogiem
- Rzeźnik to pedał - o, masz ci los! i musiałeś to wyszukiwarce powiedzieć?! Teraz się będzie bała rzeźników! (propaganda seksualna, Twinky Winki się przy tym chowa! )
-latające kartofle - wyszukiwarko, uważaj, żeby cię któryś nie uderzył!
- i spokoj - spokój wyszukiwarce, amen!
/Specjalnie dla Piotrka, tak btw./
{.Mila.}, poniedziałek, 28 maja 2007, 18:13:02
5 | komentuj,
komentowali.
Royksopp - only this moment
Wstajesz pewnego dnia i stwierdzasz, że juz nie będziesz się przejmować nimi. Ludźmi, ich hipokryzją, słowami, które dotąd trochę raniły, z ich zakłamanym wzrokiem, nabijaniem się z Ciebie.
Stwierdzasz, że nie musisz im udowadniać, że jesteś fajna, dobra, miła, ciekawa. Nie musisz już udawać przed nimi kogoś kim nie jesteś, liczyć się z ich zdaniem.
Świat wtedy robi się piękniejszy i milszy. Ty we własnych oczach robisz się lepsza i piękniejsza, nieważne, że ktoś ma lepiej, od Ciebie, ma ładniejsze włosy, większy talent w czymś.
Wystarczy, że odbijesz się od tego szarego świata i stajesz się najwspanialszą osoba dla siebie samej.
Boże, jakie to cudowne!
***
Only this moment
Holds us together
Close to perfection
Nothing else out there
No one to guide us
Lost in our senses
Deep down inside I know our love will die
Only this moment
Holds us together
Close to confusion
Feeling are out there
Scared of devotion
Doubting intentions
Deep down inside I know our love will die
Stay or forever go
Play or you'll never know
What heaven decided
You can't deny it's
All you've been waiting for
Stay or forever go
Play or you'll never know
Your spirit's devided
You will decide if I'm
All you've been waiting for
Clouds in my head have been parted with grace
By the voice of an angel revealing her face
and her words they make sense 'n' I do understand
Falling in love isn't part of a plan
Forces within me mix reason with lust, but
I'll try to accept it and not make it worse
'cause i know i might loose it by taking the chance,
But love without pain isn't really romance
Only this moment
Holds us together
Close to perfection
Nothing else out there
Always beside her
Trusting my senses
Deep down inside I know our love will survive
Only this moment
Holds us together
Close to the other
Nothing else out there
Always beside her
Trusting my senses
Deep down inside I know our love will survive
Bo kocham tą piosenkę!
{.Mila.}, sobota, 5 maja 2007, 18:07:58
4 | komentuj,
komentowali.
44. egzaminowo taaak...
Jej, po egzaminach...
Christ, ja się pochlastam chyba za ta matmą!
*
Kraski vs. Ruki Vverh - Ti doljen znat
Pozdrawiam wszystkich z egzaminu trzecioklasistów 2007 ;p
{.Mila.}, czwartek, 26 kwietnia 2007, 17:44:21
2 | komentuj,
komentowali.
43. Ladytron - Light & Magic
Ktoś kiedyś powiedział (?!), że każdy ma swój własny świat, choćby taki, w który ucieka, gdy mu źle.
Ja w swój uciekam, kiedy tylko mogę, bo pomimo tego wszystkiego, co lubię, wolę być Tam.
Tylko taki problem jest, że czasami się gubię i nie chcę wracać. Bo po co? Skoro Tam jest lepiej? Gubię się , mylę rzeczywistości, bo Tamten Świat odchodzi, ale zostają uczucia.
Cierpienie, miłość, przyjaźń, smutek, radość, nostalgia.
Za głęboko wchodzę i wrócić nie mogę.
Każdy ma swój świat? A może to ze mną jest problem.
Schizofrenia?
Cokolwiek jest mi z tym dobrze...
*
a tak od tematu odbiegając...
Kurwać, jakieś dżezi gerls spisują listę fanów Tokio Ciotel.
Wrócę, jak mi mdłości miną...
{.Mila.}, sobota, 24 lutego 2007, 19:22:21
7 | komentuj,
komentowali.
April & May.
- Wstań dziewucho. - usłyszałam spokojny głos. Spokojny? Być może, ale dotarł do mnie wraz z rozdzierającym głowę bólem, jak cichy przypływ nieznanej mocy, który wdarł się we mnie jak tysiące igiełek.
Po chwili zaczęłam oddychać normalnie i to co było milionami igiełek rozpłynęło się. Od razu zrozumiałam. Ale nie wiedziała od ilu minut nie oddychałam. Było to jak wieczność, cała ciemna wieczność.
Otworzyłam usta, poczułam jak coś do nich napływa. Do nich? Nie, to ja zaczęłam pluć nieznana mi w smaku, gęstą mazią. Otworzyłam z przerażeniem oczy, jasne światło Tego miejsca uderzyło mnie, musiałam znów je zamknąć.
- Co jest? – spytałam sama siebie krztusząc się. Płyn wciąż płynął z wewnątrz mnie, oblewając me dłonie, brodę, szyję, ciało. Uklękłam.
Zauważyłam ze strachem, że jestem naga, a spływająca maź parzyła moje ciało. Zaczęłam krzyczeć, krztusić się, kaszleć, płakać.
Nie wiem ile to trwało, wydawało się, jakby bardzo długo. I usłyszałam inny głos:
- Uspokój się.
Dwa słowa i ustało wszystko. Płyn przestał lecieć, przestało mnie parzyć, mogłam znów oddychać.
Otworzyłam znów oczy. Pierwsze co ujrzałam to jaskrawe światło, które rozchodziło się jakby zewsząd, z każdej strony, tuliło mnie, napadało na mnie.
Dłońmi dotknęłam twarzy, była cała morka i cała w tej cholernej mazi. Czarna, gęsta jak smoła, lecz pachniała jak fiołki, jak konwalie, jak wszystkie kwiaty świata, najpiękniejszy zapach jaki w życiu czułam.
W życiu?
- Wstań na nogi, dziewucho. – znów wdarło się do mojej głowy. Głos jakby zza światów, który wypełnił mnie swoim ciepłem, przyszedł do mnie jak wyczekiwany na pustyni deszcz, otulając mnie całą.
Przeraziłam się jednak.
Gdzie jestem, kto do nie mówi, co jest grane?
Podniosłam wzrok. W oddali zauważyłam rozmazaną czarną plamę. Przetarłam oczy, plama stała się ostrzejsza, mogłam zauważyć, że to dwie postacie. Jedna mniejsza od drugiej.
Na białym tle wyglądały, jak mistyczne duchy. Wzbudziło to we mnie przerażenie, które nie wiem czemu, nagle zaczęłam odczuwać.
Być jak najdalej ich, jak najprędzej uciec.
Stanęłam naprzeciwko nich. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem naga, a do tego brudna od tej smolistej substancji, ale nie sprawiło mi to wstydu. Wyprostowałam się, bo w głowie wciąż dźwięczało mi zdanie wypowiedziane przed chwilą.
Obraz się wyostrzył, okazało się, że postacie są bliżej mnie niż się wydawało wcześniej. A może przybliżyły się?
Przerażenie mnie wciąż nie opuszczało, wciąż we mnie rosło.
Jedna z postaci siedziała, chyba na krześle. Nie mogłam zauważyć, bo cała przykryta była połami czarnego materiału. Falował on w powietrzu, jak anielskie suknie w moich wyobrażeniach.
Druga z postaci stała obok, tak samo ubrana, w falujący i drgający materiał, który zdawał się mieć tysiące warstw.
Razem wyglądały jak jakiś potwór, jedno ciało, falujące, drgające w powietrzu, tylko ono na tle jaskrawego, białego światła.
A ich ubrania odkrywały tylko jedno.
Ich twarze...
Chyba to najbardziej mnie wystraszyło.
Siedząca postać wpatrywała się wprost na mnie, stojąca gdzieś w dal poza mną.
Ich oczy... Gałki oczne były całe czarne, nie było w nich białek ocznych. Z miejsca, w którym stałam wyglądało to tak, jakby nie miały oczu w ogóle, tylko puste oczodoły.
Ich usta były rozdziawione, jakby w niemym okrzyku, a całe twarze były szare.
Jak duchy, przerażające istoty ze Świata Umarłych.
-Podejdź. – odezwała się siedząca postać, lecz nie poruszyła ustami. Jej głos rozbrzmiał w mej głowie. Był jak młot uderzający o dzwon, zabolało.
-Podejdź. – powtórzyła druga istota, też nie poruszając ustami. Jej głos był jak szept, cichy, wibrujący wewnątrz mnie.
Postawiłam parę niepewnych kroków w ich stronę. Obróciłam się i spojrzałam w dół. Za moimi stopami, na białej podłodze pokazała się strużka czerwonej krwi. Tak jakby wydobywała się z moich stóp.
Spojrzałam znów w stronę istot. Siedząca pokiwała głową.
Więc podeszłam do nich. Każdy mój krok sprawiał, że czułam coś w żołądku. Przerażenie nadal było we mnie. Czułam się teraz tak, jakby ono tkwiło we mnie od zawsze.
- May. – usłyszałam swoje imię z ust siedzącej postaci. Tym razem poruszyła ustami i skierowała wzrok na mnie. Jej głos był głęboki, a zarazem miękki. Wydawało mi się, że z każdym nowym, wypowiedzianym przez nią zdaniem jej głos się zmieniał.
- May. – powtórzyła stojąca istota, ale dalej nie poruszała ustami i wciąż wpatrywała się w dal za mną.
Nie wiem, czemu, ale uklękłam przed nimi, ręce złożyłam na podołku.
- Gdzie jestem? – zadałam pytanie. – Kim jesteście? – i drugie.
Siedząca istota uśmiechnęła się do mnie. Jej czarne gałki błysnęły czerwonym światłem.
- Jestem April. A to jest Dusza. – powiedziała.
- Dusza. – szepnęła powtarzając stojąca osoba.
- Dusza? – usłyszałam swój głos, choć wcale nie takie pytanie chciałam zadać.
- Moja dusza. – stwierdziła April, znów się uśmiechając.
- Dusza... – powtórzyła za nią wymieniona.
Nagle nie wiedziałam o co spytać, co zrobić. Klęczałam przed nimi, naga, brudna od czarnego płynu, przerażona, wypełniona przedziwnym uczuciem ciepła.
- Nie bój się. Już niedługo się wszystkiego dowiesz. Wystarczy popatrzeć głębiej.
- Głębiej. – powtórzyła Dusza.
Znów wydawało mi się, że jej głos się zmienił, teraz był o parę tonów wyższy.
April uklękła obok mnie, objęła mnie rękoma, poły jej ubrania objęły mnie, poczułam zimny oddech na policzku, kiedy zbliżyła swą twarz do mojej. Spojrzałam w jej czarne oczy. Złapała mnie za głowę i obróciła ją w lewo.
Nagle ujrzałam wielkie lustro, z czarnymi ramami, na których widniały jakieś dziwne białe znaki. Skąd się tu nagle pojawiło?1 I co się dzieje, tak w ogóle?
Te pytania jednak odeszły szybko w niepamięć, gdy ujrzałam swoje odbicie.
Przerażenie sięgnęło zenitu, wydałam głuchy okrzyk zdziwienia, w głowie nagle wybuchł wielki ból, zaczęłam drżeć.
W lustrzanym odbiciu ujrzałam swą twarz: nie było oczu.
Jedynie puste oczodoły, czarne dziury, z których wypływała czarna maź.
- Witaj May. – usłyszałam głos, jakby zza światów.
- May. – powtórzyła szeptem Dusza...
***
Spokojnie. To pierwsza i ostatnia część tego, co widac powyżej.
Chciałabym jednak poznać Wasze zdanie na temat tego, hm... "Opowiadanka". Także... Miło mi będzie widzieć szczere komentarze.
****
Powtrzanie Duszy za April inspirowane od R i Nn, ktore pochodzą stąd.
*****
Z pozdrowieniami dla Piotra.
{.Mila.}, sobota, 3 lutego 2007, 20:14:30
9 | komentuj,
komentowali.